— Co pan pisze teraz?

— Takie tam różne...

— Często bywa pan w teatrze? Ja bowiem przekładam kino nad wszystko. Czasem robię wyjątek dla cyrku.

— To ciekawe. — Ocieram pot z czoła.

Skręcam w czwartą ulicę, nie wiem, dokąd dążę. Idziemy jak przyjaciele.

Wreszcie wchodzę do jakiejś bramy, szczęśliwie pożegnawszy natręta, długo czekam na schodach, wychodzę z powrotem z niedowierzaniem. Czasem mam szczęście i nie napataczam się na niego na najbliższej ulicy.

Nazajutrz spotykam go znowu:

— Co słychać u pana? Wczoraj tak miło się rozmawiało. W którą stronę pan idzie?

— A ja do tego domu naprzeciwko — odrzucam bez zająknięcia.

— Na długo?