— Nie. W każdym razie jednak zabawię z pół godziny.

— Zaczekam na pana.

Zrezygnowany udaję się do owej bramy, choć nie mieszka w niej żadna z moich palących spraw. Wchodzę na schody i czekam z tą świadomością, że po wyjściu natknę się na ugrzecznionego natręta. Minuty snują się wolno. Po upiornym kwadransie wychodzę siwiuteńki i złamany.

— No, pośpieszył się pan. Trwało zaledwie chwilę. Teraz sobie pogadamy.

— Niestety, muszę zajść jeszcze do tego domu — pokazuję na najbliższą kamienicę.

— Czy do Pitulińskich? Oni tu mieszkają.

— Tak — mówię na odczepnego — do Pitulińskich. Ale posiedzę u nich z godzinę.

— Nie będę czekał — mówi z entuzjazmem (z trudem powstrzymuję się od westchnienia ulgi). — Nie będę czekał, bo to moi świetni znajomi. Wstąpimy razem.

Ogarnia mnie przerażenie. Przecież ich wcale nie znam. Co to będzie? Wyrzucą! Kompromitacja.

Jesteśmy tuż koło bramy. Z opresji ratuje mnie przechodzący policjant.