Pan Zygmunt spotkał się z przyjacielem i poszli na miasto.

Z początku wszystko szło dobrze. Z lokalu do lokalu jeździli, wreszcie po trzech dniach pan Zygmunt do domu przyjechał. Budzi się nazajutrz, pierwsza rzecz — do lustra! A w lustrze szrama!

Więc do telefonu:

— No gadaj, gdzie ja się tej szramy nabawiłem?

— Nie wiem. Wszystko było spokojnie.

— A skąd szrama?

— Sam nie pamiętam. Ale muszę ci się zwierzyć, że od dwóch dni całe miasto o niczym innym nie mówi, tylko o tym, że ty po mordzie dostałeś.

— Gdzie?

— Nie wiadomo. Jedni mówią, że na poczcie, a inni, że w zoo. Pewnie zresztą sam rozpaplałem.

Tym razem pan Zygmunt bardzo się zmartwił. Człowiek na stanowisku i takie rzeczy.