Nie żeby pan Zygmunt był pijakiem, wszyscy właściwie u nas piją, tylko że on czynił to bez żadnego opamiętania. Niby człowiek na stanowisku, a bez opamiętania czynił. Upił się — bywało — na jakimś dancingu i — dopiero! A tymczasem pić trzeba rozważnie i nazajutrz jedno z drugim zapamiętać, do kupy złożyć, żeby jakiś obraz minionej nocy pozostał, a nie tak, że już nic a nic nie wiadomo. To ważne. A tymczasem pan Zygmunt co do domu przyjdzie i nazajutrz stanie przed lustrem — patrzy, widzi: szrama na policzku.

Nie wychodzi więc przez cały dzień, żeby szrama się zgoiła. Nazajutrz patrzy w lustro: jest szrama, mniej czerwona, ale zawsze, nie można powiedzieć, widoczna. Czeka drugi dzień — szrama. Aż do samego wygojenia się szramy doczekać nie może. Po południu wychodzi. Niby na spacer. A na spacerze znajomych się spotyka. A ze znajomymi — na wódkę.

Po paru dniach pan Zygmunt do domu wraca, spać się kładzie, nazajutrz staje przed lustrem — patrzy — szrama! Próbuje sobie przypomnieć, skąd się wzięła, zamyślił się, we wczorajsze zapatrzył. Nic przypomnieć sobie nie może. A szrama prawie na tym samym miejscu.

Czeka dzień, czeka dwa — owszem: zbladła. Na trzeci dzień jeszcze jest, choć mało widoczna. Wychodzi na spacer. Po kilku dniach wraca pijaniusieńki. Patrzy. Szrama.

Niby nic. Taka czerwona kreska na policzku, a życie może obrzydzić i to człowiekowi na stanowisku.

Aż go rozłościło to wszystko. Zatelefonował do przyjaciela i powiada:

— Zapraszam cię na wódkę, ale chodź ze mną krok w krok, bo mnie po pijanemu szrama się robi.

— A od czego?

— Właśnie nie wiem od czego i to mnie najbardziej denerwuje.

— Dobrze, żeś do mnie się zwrócił — odpowiedział przyjaciel — bo ja mam mocną głowę i wszystko będzie wiadome.