Wreszcie uznano, że po prostu musi być skąpcem i zaczęto odsuwać się od niego. Przecież poza dobrymi radami w inny sposób nie pomagał nikomu.

Pan Alfons Szczeciecki był bardzo zmartwiony, że znajomi nie lgną do niego i przestają z nim coraz niechętniej. Od tylu lat pracował przecież tylko nad tym, żeby uchodzić za osobistość, na przyjaźni z którą każdemu musi zależeć. Starannie ukrył swój lichy zawód inkasenta w drobnej firmie drzewnej. Wmówił we wszystkich, że żyje z pokaźnej renty. Ilekroć miał przy sobie pieniądze firmy, udawał się do jakiegoś banku, zmieniał je na pięćsetki, po czym za pół czarnej płacił w kawiarni grubym banknotem, twierdząc, że nie ma drobnych.

Ze znajomymi prowadzi tylko rozmowy o podłożu finansowym.

— Świetnie, że pana spotykam, czy nie mógłby pan udzielić mi informacyj, które z towarzystw naftowych dobrze obecnie stoi, bo chciałbym i w tej gałęzi umieścić nieco kapitałów? Dzisiaj są takie czasy, że człowiek posiadający, a niemający ani zamiłowania, ani zdolności do operacji finansowych, musi się asekurować na wszystkich frontach.

— Wie pan, że także nie znam się na tym i co gorsza nie potrzebuję się znać, z powodu, który Napoleonowi na pewno wystarczyłby w zupełności25. Po prostu nie mam pieniędzy. Żona chora. Dziecko wyrzucone ze szkoły, bo wpisu nie mogłem opłacić. Właściwie także się cieszę, że pana spotykam. Właśnie wybierałem się. Chciałem prosić o pożyczkę. Jakieś kilkaset złotych.

W takim wypadku pan Alfons, który zarabiał dwieście złotych miesięcznie, odpowiadał zwykle, że musi wpłacić kilka tysięcy na podatki i bardzo żałuje, ale nie może służyć.

W ten sposób fabrykował sobie wroga za wrogiem i cieszył się, że coraz bardziej jest szanowany.

Pewnego dnia, idąc z jedną panną, został zaczepiony przez sprzedawcę fiołków i starym zwyczajem, żeby zaimponować swej towarzyszce, wyjął pięćsetkę i zażądał reszty.

Sprzedawca wziął pieniądze i uciekł.

Pan Alfons Szczeciecki został oskarżony przez swoją firmę o defraudację i skazany na sześć miesięcy więzienia.