Dopiero z prasy znajomi milionera dowiedzieli się, że jest on... byłym inkasentem.

Dłuższa wiztyta

Pan Srebrnicki zaprosił do siebie Adolfa Zakliczko. Nie widzieli się od kilku lat i tak się jakoś złożyło, że nie wypadało go nie zaprosić.

Pan Zakliczko przyszedł punktualnie o pierwszej. Był ubrany w ciemne ubranie i sprawiał bardzo przyzwoite wrażenie. Gospodarza zdziwiło jedynie, że wytworny gość zostawił w przedpokoju jakąś nieforemną i monstrualnie wielką paczkę.

— Co u państwa słychać? — rozpoczął inteligentnie rozmowę, po czym zaczął narzekać na „czasy” i tak w miłym nastroju słów, pluskających się w pustce, upłynęło dwadzieścia minut. Potem jeszcze dwadzieścia. Gospodarze porozumieli się spojrzeniami. Minęło dalsze dwadzieścia minut. Pani domu zaczęła dawać mężowi rozpaczliwe znaki. O tej porze jadali zwykle obiad. Toteż państwo przestali podtrzymywać rozmowę. Podarła się jak na wietrze. Teraz z usypiającego salonu dolatywał jedynie monolog pana Zakliczki. Następne dwadzieścia minut przeszło do przeszłości.

— Może pan zostanie u nas na obiedzie?

Został. Nie chciał krępować, ale tak miło się rozmawiało.

Obiad minął pośród grobowego milczenia.

Przy kawie gość ożywił się nagle. Zażądał papierosów i rozpoczął swoje monologi:

— Bo proszę państwa... — i nikt już dalej nie słuchał.