— No, dobrze, napisze pan wierszyka i co? Płacą od razu?
— Wcale nie płacą. W ogóle mnie nie drukują. Należę do zapoznanych pisarzy.
— A jak wygląda finansowo taka pozycja? Wybaczy pan, panie Pinkierton, poziome pytanie zwykłego śmiertelnika.
— Taka pozycja wygląda nad wyraz ponętnie, panie Szmelkes. Ja piszę wierszyk na temat jakiejś firmy: z konfekcją damską, mogą być opony albo nożyki do golenia. Ten wierszyk jest bardzo brzydki.
— No, a za co pieniądze?
— Biorę wierszyka i umieszczam w gazetach jako ogłoszenie.
— To jeszcze pan dopłaca?
— Dopłacam. I z tego żyję. Mam nawet samochód.
— Nic nie rozumiem.
— Bo pan nie zna tych wierszyków. Jak wydział reklamy firmy, o której się pisze, z przerażeniem odczyta owe wiersze w pismach, to zaraz wynajmuje detektywa. Detektyw wyszukuje autora. Autorem jestem ja. Oni mnie wzywają i proszą na kolanach, żebym tylko przestał. Zwracają mi koszty i umawiamy się, że będę pisał wierszyki reklamowe o ich konkurencyjnej firmie. Ja reklamuję konkurencyjną firmę. Wtedy jej wydział reklamy wynajmuje detektywa, znajduje winowajcę i płaci mi, żebym już przestał, bo klienci się skarżą, że reklama ich jest na tak niskim poziomie. I tak w kółko. Z jednej branży można spokojnie żyć przez rok.