— Tak!
Nic więc dziwnego, że redaktor przy najbliższym spotkaniu z Dumasem powiadomił mistrza, iż odtąd będzie mu płacił honorarium za każde słowo.
Wtedy do następnej powieści Dumas wprowadził dwóch... jąkałów i sentymentalną pannę, która co drugie słowo mówiła „ach”...
Odtąd sprawa płacenia „od wiersza” i „od słowa” przynosi wiele kłopotów redakcjom, niejeden bowiem młody pisarz z dumą naśladuje Dumasa.
Nie każdy jednak w ogóle jest artystą. Mam na myśli tych kilku ludzi na świecie, którzy nie piszą, nie malują i nie śpiewają, a u których pojęcie umiaru i miary jest także nieuchwytne.
Pan Aron Pikuasik, właściciel sklepiku z materiałami łokciowymi39, to jest takimi, które zaraz przecierają się na łokciach, kiedy zrobić sobie z nich ubranie, stosował miarę ze zbyt wielkim umiarem.
Miał facet drewniany metr, którym odmierzał towary, jednak metr ów znacznie się różnił od swego arystokratycznego, platynowego pierwowzoru z Towarzystwa Miar i Wag w Paryżu40.
Po pierwsze, metr Pikuasika nie był z platyny, o co nikt nie rościł doń żadnych pretensyj, a po drugie był znacznie krótszy. Wytarł się widocznie od ciągłego nieprania lub, jak wszystkie interesy handlowe, skurczył się z powodu kryzysu.
Tym oto przyborem Aron Pikuasik odmierzał „prawdziwy angielski kamgarn41”... prosto z Tomaszowa, lub „japońskie czeczunczej42 autentycznoje” z fabryki sztucznych jedwabi, a ludzie kupowali, płacili i wychodzili...
Dopiero trzeba było karzełka, żeby zdemaskował pana Pikuasika.