Ale żeby samochody dziedziczyły skłonność swych właścicieli, to już jest przesada.
Niestety. Z obowiązku po prostu muszę przytoczyć fakt może banalny, ale groźny.
Pod wpływem ogólnego zapału do motoryzacji pewna mieszczańska rodzina (sześć osób w formacie gabinetowym) postanowiła nabyć sobie auto.
Była to solidna, trawożerna rodzina i ponieważ jej głowa — pan domu — chciał uniknąć wydatków na szofera, a sam nie był jeszcze dostatecznie wyrobionym kierowcą, kupili na początek używane auto. Biedacy nic nie wiedzieli, że przedmioty martwe zarażają się skłonnościami swych właścicieli, a jeszcze mniej orientowali się w tym, że poprzedni właściciel samochodu był zdeklarowanym, dobrze znanym w naszym mieście pijakiem.
Kiedy mieli już auto, cała famuła3 uplasowała się w jego wnętrzu. Pan domu zasiadł przy kierownicy.
Pojechano do Braci Jabłkowskich4 po jakieś zakupy.
Wszyscy wysiedli z auta. Udano się po zakupy. Jakież było zdziwienie, kiedy wychodząc ze sklepu, skonstatowano5, że auta nie ma.
Zniknęło.
Rozpoczęto poszukiwania.
Okazało się, że stoi przed najbliższą knajpą. Przed Nową Gospodą6.