Kanarek śpiewał, dzieci płakały, żona krzyczała na dzieci, a pan Emanuel Przetyczko źle się czuł, miał wyższe aspiracje i był zwolennikiem ciszy i spokoju, które tak czcił podczas godzin swej pracy, kiedy mógł sobie spokojnie iść z latarnią obok karawanu posuwającego się naprzód krok za krokiem.

Dziwne dostojeństwo chwili, głowy przechodniów, które obnażały się jakby na komendę, cichutki i urzędowy płacz rodziny zmarłego, wszystko to, przeżywane po kilka razy dziennie, wyrobiło w naszym Emanuelu Przetyczko wielkie poczucie godności osobistej i dążenie do innego, lepszego życia, jakie co pewien czas po zniżonych cenach mógł oglądać w podmiejskich kinach.

Toteż pewnego dnia postanowił zerwać ze swym dotychczasowym życiem i poza domem znaleźć jaką oazę osobistego szczęścia.

Zamiast codziennej „setki” kupił sobie buteleczkę benzyny i dokładnie wyczyścił swój czarny surdut ze srebrnymi wyłogami. Obwiesił się przy tym kilkoma medalami z czasów wojny japońskiej84. W koszu, na rogu ulicy, nabył wspaniały kwiat za dwadzieścia groszy i udał się na miasto, sprawiając wrażenie dyplomaty z zamiłowaniem oddającego się automobilizmowi... (zapach benzyny).

Pan Emanuel Przetyczko, odświeżony, odmłodzony i pełen zawrotnych nadziei na przyszłość, udał się teraz w kierunku jednej z ambasad zagranicznych i stanął przed drzwiami. Wahał się, czy złożyć jaką oficjalną wizytę, lecz doszedł do wniosku, że nie mówi po francusku i wobec tego może zostać źle przyjęty. Stanął więc tylko na marmurowych stopniach poselstwa i zaczął bawić się kwiatem, z taką miną, jakby przed chwilą wyszedł z wytwornego bankietu.

W tłumie przechodniów spostrzegł zgrabną dziewczynę, która śpieszyła z koszem pełnym porannych zakupów.

Tak! O takiej właśnie myślał.

Zstąpił więc ku niej, śmiejąc się uśmiechem i kwiatem:

— Rą... tą... bą... są... ną? — zapytał wytwornie, naśladując nieskazitelną francuszczyznę...

Dziewczyna przyśpieszyła kroku.