— Nic podobnego. Właśnie, że o placuszkach. Bliny to bliny, a placuszki to placuszki. Placuszki to taki rodzaj smakołyku, który smakiem przypomina knedle od siedmiu boleści. A może zrobisz knedle na mleku?
— Wszystkiego by chciał. Świat mu za mały. A może zrobić ci zupę mleczną?
— Zapewne z bałabuchami?
— Fe! Nędzarska potrawa.
— Widzieliście bogaczkę?
— Bogaczką nie jestem, ale za to mam przynajmniej bogatą rodzinę.
— Dużo masz z tej twojej rodziny!
— Z pewnością więcej niż ty ze swojej!
Słowem, moja rodzina, twoja rodzina. Słowo za słowo, jak to zwykle między żoną a mężem, gdy się rozgadają. Pokłócą się i przeproszą. Jest przecież święto. Dziś mamy Szawuot. A Szawuot to najlepsze, najmilsze święto ze wszystkich świąt. Czy może być coś lepszego, słodszego i bardziej smakowitego od tego święta? Przez całą noc człowiek czuwa. Odmawia wszystkie sześćset trzynaście nakazów i zakazów. To znaczy całą Torę123. Człowiek jest tym napompowany i skoro świt wali do bożnicy. Tam o suchym pysku nasłucha się Akdomos124, w których mowa o najdroższych potrawach przyrządzonych z legendarnego Lewiatana125 i potężnego pustynnego byka126, przeznaczonego przez samego Boga na ucztę dla swoich Żydów w raju. A w raju płyną rzeki pełne oliwy, stoją rzędem od dawna przygotowane niezliczone butelki wina. Wszystko tam czeka. Nie wypada przecież, jak to u Żydów, powiedzieć, że na nas czeka. Jedna tylko, wierzcie mi, bieda i jedno zmartwienie, że mamy tylko raz w roku Szawuot... Czy nie ma pan czasem papierosika?