Stęskniłem się za domem rodzinnym

Nie ma takiej rzeczy na świecie, o której by w Kasrylewce nie wiedziano. Nie ma takiej nowinki ze świata, o której nie można by było się dowiedzieć od prostych, zwykłych jej mieszkańców.

Co prawda dochodzą one do Kasrylewki z pewnym opóźnieniem. Nie pochodzą też z pierwszej ręki. Ale co w tym złego? Nie ma nieszczęścia. Przeciwnie, uważam to wręcz za zaletę. Za dużą zaletę.

Mówiąc bowiem między nami, co tracą kasrylewianie na tym, że dowiadują się o dzisiejszych, pożal się Boże, dobrych nowinach i zbawiennych wydarzeniach, o których głośno w świecie, o miesiąc lub dwa, a nawet o rok później? Co w tym złego?

Krótko mówiąc, kasrylewianie dowiedzieli się, z pewnym co prawda opóźnieniem, że istnieje takie słowo, jak syjonizm.

Tak więc dotarło ono do świadomości małych, zwykłych ludzi z Kasrylewki. Nieco później, gdy rozgryźli już sens tego słowa, gdy stwierdzili, że pochodzi od figurującego w modlitewniku słowa Syjon, że syjoniści to takie towarzystwo, które ma zamiar przetransportować wszystkich Żydów do Ziemi Izraela, w mieście zawrzało. Zresztą, co ja wam tu będę opowiadał?

Pusty śmiech ogarnął ludzi. Zrywali boki. Odgłosy śmiechu słychać było, moim zdaniem, na kilometry. A dowcipy i powiedzonka, które posypały się pod adresem doktora reb165 Herzla, doktora reb Gordona i na wszystkich pozostałych doktorów, należałoby zebrać ze wszystkich miast, spisać i wydać w postaci specjalnej książki. Zapewniam was, że znaleźlibyście w tej książce znacznie więcej pieprzu i soli, niż w owych słodkich jak lukrecja słowach i mądrych przemówieniach, którymi zadrukowują co roku drugą stronę wszystkich kalendarzy.

Mają kasrylewianie jedną niewątpliwą zaletę. Dopóki śmieją się, dopóty śmieją się naprawdę. Skoro zaś naśmieją się do syta, zaczynają rzecz rozgryzać. Raz i jeszcze raz, i wtedy zaczyna im coś świtać. Tak też było z syjonizmem. Z początku śmiano się, naigrywano, sypano dowcipnymi powiedzonkami. Potem zaczęto przysłuchiwać się temu, co się mówi i pisze w gazetach. Zaczęto powtarzać i jeszcze raz przeżuwać pojęcie „powrotu”, a gdy następnie usłyszano o jakimś żydowskim banku z żydowskimi akcjami, nabrano respektu. Bo skoro mowa o banku, to oznacza, że jest to, jak widać „interes”, a więc w grę wchodzi forsa. A z forsą można dziś zrobić na tym świecie wszystko, zwłaszcza zaś u Turczyna z czerwoną jarmułką na głowie. Turczyn to niemal to samo, co kasrylewianin. Od tego momentu Kasrylewka zabrała się na serio i z apetytem do syjonizmu.

Kasrylewianie to tacy ludzie, dzięki Bogu, od których możecie uzyskać wszystko, co wam się podoba. To, co wczoraj wydawało im się niemożliwe, równe wyczynowi Mojżesza, kiedy spowodował rozstąpienie się wód Morza Czerwonego, to dziś wydawało im się być rzeczą zwykłą, prostą i łatwą. Tak łatwą jak zjedzenie obwarzanka, czy wypalenie papierosa. Co może być łatwiejsze od wykupienia z rąk Turka ziemi Izraela? Nie oszukujmy się. Co to za przeszkoda? Jeśli chodzi o pieniądze, to nie ma sprawy. Jeden Rotszyld (gdyby tylko chciał) może odkupić całą Ziemię Izraela wraz ze Stambułem i z samym Turczynem. O cenę na pewno nie trzeba będzie się targować. Jakoś tam będzie. Złotówka więcej, złotówka mniej. Pozostaje właściwie tylko jedna sprawa. A nuż nie zechce sprzedać? Głupstwo. Dlaczego miałby nie chcieć? Po drugie, gdybyśmy tak zaczęli rzecz dokładnie badać, to byśmy doszli do tego, że jesteśmy krewnymi Turka i to bliskimi. Żydzi i Turcy to przecież Icchak i Izmael166.

Krótko mówiąc, zwołano jedno zebranie, potem drugie i trzecie. Przy Bożej pomocy powstało towarzystwo. Są już jego członkowie. Dokonano wyboru prezesa, wiceprezesa, skarbnika, sekretarza i korespondenta prasowego. Każdy członek towarzystwa zobowiązał się płacić składkę — szekel167. Jeden kopiejkę, drugi dwie kopiejki na tydzień. Młodzi ludzie występowali z płomiennymi przemówieniami. Wygłaszali przepiękne oracje. Słowa „Syjon”, „syjonizm”, „syjoniści” rozlegały się coraz głośniej i głośniej. Nazwiska doktora Herzla, doktora Nordau i wielu innych doktorów padały coraz częściej. Członków towarzystwa przybywało. Pieniędzy uzbierało się też niemało. Zwołano wtedy wielkie zebranie, aby postanowić, co zrobić z nagromadzoną forsą. Powstał dylemat: albo zgromadzony kapitał pozostawić na razie na miejscu i utworzyć z niego specjalny fundusz dla potrzeb kasrylewskich syjonistów, albo też przekazać go do dyspozycji „centrali”. Był też trzeci wariant. Zaczekać jeszcze trochę, aż kapitał urośnie do większych rozmiarów i wtedy miasto stałoby się udziałowcem w banku żydowskim.