Zebranie należało, można powiedzieć, do najbardziej gorących i burzliwych, jakie kiedykolwiek miało miejsce w Kasrylewce. Zdania były podzielone. Wielu opowiadało się za „centralą”. Jeśli nie my — twierdzili — i nie wy, wspólnie nie podtrzymamy „centrali”, to z czego będzie ona czerpać na swoje utrzymanie? Inni znów twierdzili coś wręcz przeciwnego. „Centrala”, powiedzieli, może się obejść bez Kasrylewki.

— Nie jesteśmy zobowiązani troszczyć się o cały świat. Czy ktoś troszczy się o Kasrylewkę? Niech każdy dba o siebie. To w zupełności wystarczy!

Wstał wtedy prezes towarzystwa, reb Noach Joseles, zięć bogacza, młodzieniec jeszcze bez brody, maskil168 i wyrzekł kilka ciepłych słów:

— „Czterdzieści wieków — tak zaczął podniesionym nieco głosem — cztery tysiące lat patrzą na was z wysokości tych oto piramid!”. Tymi słowami zwrócił się kiedyś wielki Napoleon do swojej gwardii, gdy ruszył na podbój Egiptu. Chciałbym tymi samymi słowami zacząć moje do was przemówienie, z małą tylko odmianą. Od dwóch niemal tysięcy lat znajdujemy się, moi bracia, nie na wysokościach piramid, ale na głębokim dnie. Od dwóch niemal tysięcy lat wypatrujemy nie naszej gwardii, ale Mesjasza. Czekamy na jego przyjście. Ma nas wyzwolić z diaspory i zaprowadzić do ziemi naszych przodków, do Ziemi Izraela. Od niemal dwóch tysięcy lat nie ustajemy w postach w siódmym dniu miesiąca Tammuz169. W ciągu dziewięciu dni nie spożywamy wtedy mięsa. A gdy nadchodzi dziewiąty dzień miesiąca Aw170, siadamy w skarpetach na ziemi i gorzko opłakujemy zniszczenie naszej Świątyni Pańskiej, naszego Bejt Hamikdaszu. Od dwóch niemal tysięcy lat ciągle wspominamy, po siedemdziesiąt razy dziennie, Syjon i Jerozolimę. Można zapytać, co zrobiliśmy, co uczyniliśmy dla Syjonu i dla Jerozolimy?

Szkoda, że w Kasrylewce nie było stenografa, który by zwyczajem szanujących się miast utrwalił na piśmie, słowo po słowie, wspaniałą mowę prezesa Noacha. Musimy się przeto zadowolić tymi kilkoma słowami, które przytaczam z pamięci. Końcówka jego przemówienia w wielkim skrócie przedstawiała się następująco:

— Obecnie — tak zakończył swoje przemówienie prezes, z którego czoła pot lał się strumieniami — obecnie, gdy dożyliśmy czasu, że stary Isrulik obudził się ze swego snu, rozprostowuje swoje gnaty i rozgląda się po świecie w poszukiwaniu swego miejsca, rzucając hasło „synowie Jakuba171, chodźmy i ruszajmy”, powinniśmy, moi państwo, nie zdawać się na nikogo. Nie powinniśmy czekać na żaden cud. Nie polegajmy na tak zwanych wielkich i możnych. Jeśli bowiem zdamy się na nich, to długo jeszcze przyjdzie nam czekać. Łatwiej paść śmiercią od pioruna, niż wydobyć od możnego złotówkę na rzecz Syjonu. Sami i tylko sami powinniśmy wznosić nasz gmach. „Jeśli ja nie będę dla mnie, to kto?”. Możemy być dumni z tego, że dożyliśmy czasów, gdy Żydzi ośmielili się mówić o własnym banku. Z całą pewnością musimy uważać, aby Kasrylewka nie została w tyle za innymi miastami i aby kasrylewscy Żydzi mieli swój udział w naszym własnym banku żydowskim! Muszę jednak wam powiedzieć, moi panowie, że według rachunku, który za chwilę przedstawi nasz skarbnik, nie mamy jeszcze całej sumy potrzebnej do opłacenia chociażby jednej akcji. Brakuje nam więcej niż połowa, to znaczy około pięciu do sześciu karbowańców. Dlatego też będzie słusznie, abyście tu i teraz zdobyli się na ten krok i złożyli się wspólnie, każdy według swoich możliwości. Musicie zebrać całą sumę, to znaczy dziesięć rubli. I to bez żadnych ale! I niech nasi bracia na całym świecie wiedzą, że w Kasrylewce też są ludzie, w których sercach tli się święta iskierka żydowska. I niech doktor Herzel zobaczy, że jego trud nie poszedł na marne.

O tym, że należy bić brawo i robić owacje, jeszcze w Kasrylewce, dzięki Bogu, nie wiedzieli. I bez tego było gwarno, i bez tego było krzyku co niemiara. Gdyby jeszcze ludzie bili brawo i wiwatowali, człowiek straciłby, do jasnej cholery, słuch.

W Kasrylewce gdy komuś spodoba się jakieś słówko, to całkiem zwyczajnie podchodzi do mówcy i wali go po plecach.

— Co powiecie o naszym prezesie? Co?

— Pysk, żeby go jasny piorun trząsł!