— A jaki znawca! Pomieszał groch z kapustą, Gemarę172 ze Starym Testamentem i wszystkimi księgami.
— Trzeba by było mieć głową dużą jak kopuła kościoła, żeby to wszystko spamiętać.
— Durniu, przecież on ślęczy nad księgami w dzień i w nocy.
Słowem, stanęło na tym, że trzeba wykupić akcję. Łatwo powiedzieć, ale jak to zrobić? Nie lada sztuka. Mieszkają w takiej zabitej deskami dziurze, a żydowski bank znajduje się nie wiedzieć gdzie. Może w Londynie? I zaczęła się kołomyjka z listami. Listy tam i listy tu. Szmaja, sekretarz i zarazem korespondent kasrylewskich syjonistów, zniszczył sobie wszystkie palce pisaniem na maszynie, nim dowiedział się, jak i dokąd wysłać pieniądze. Gdy już się o tym wywiedział, powstał nowy klops. Był nim miejscowy poczmistrz, gruby, tęgi facet. Taki sobie „delikatniś”. Nie znosił zapachu czosnku (aczkolwiek sam się nim zajadał). Gdy kilku Żydów naraz przychodziło na pocztę, zatykał sobie nos i nie przerywając pisania i czytania, odzywał się...
— Szolem173... Szlomka... Czosnek...
Gdy Szmaja podał mu pakiet, cisnął mu nim w twarz. Niby koperta źle zaadresowana. Za następnym razem postąpił podobnie, mówiąc, żeby poszedł po lakę do pieczętowania. Za trzecim razem nie miał się już czego czepiać. Wziął, wtedy pakiet w ręce i zaczął go badać ze wszystkich stron. Postawił pieczęcie, zalakował i nie patrząc Szmai w twarz, rzucił:
— Co za interes masz z Londynem, że wysyłasz tam pieniądze?
Widać Szmai wtedy wyrwało się, a może chciał zaimponować poczmistrzowi (fakt, że wszyscy korespondenci lubią się chwalić):
— Te pieniądze przeznaczone są dla naszego własnego banku żydowskiego.
Poczmistrz ze zdziwieniem popatrzył na Szmaję.