I znowu minął miesiąc. Minęły dwa, trzy i cztery miesiące, a akcji nie ma. Bractwo znowu dobrało się do sekretarza: „Gdzie twoja akcja? Jeszcze ją stemplują?” I nie żałowano mu docinków, jak to zwykle w Kasrylewce. To ostemplowanie jeszcze mniej się podobało Szmai, niż sama akcja. Z powodu tego stemplowania o mało co nie zaczął pluć krwią. Zakasał rękawy i zaczął znów pisać listy do wszystkich zakątków diaspory żydowskiej. Czy godzi się — zapytywał w listach. Czy słyszał ktoś coś podobnego? Tak długo przetrzymywać wysyłkę akcji, a potem tak długo ją stemplować? Gdyby miano ją ostemplować dziewięcioma tysiącami stempli, to i tak dawno już byłaby ostemplowana! Syjonistom zaś codziennie powtarzał:
— O co chodzi? Czekaliście tak długo, to możecie jeszcze trochę poczekać. Z całą pewnością krócej będziecie czekali niż dotychczas.
I tak też się stało. Nie minęło nawet dziewięć miesięcy, jak nadszedł pakiet na adres rabina reb Juzipla. (Nasz korespondent nie chciał mieć do czynienia z poczmistrzem). Zwołano zebranie wszystkich członków. Rzecz oczywista, że w mieszkaniu reb Juzipla. I tak jak to jest w zwyczaju wszystkich Żydów, a szczególnie Żydów kasrylewskich, nikt nie miał nigdy czasu i każdy chciał być pierwszy. Nic też dziwnego, że pchano się drzwiami i oknami do mieszkania reb Juzipla, i każdy chciał pierwszy na własne oczy zobaczyć tę akcję. Tę żydowską akcję „naszego banku żydowskiego”.
Czytali ją wszyscy. Wpatrywali się w nią jak w lustro. Westchnień było sporo i każdy miał przy tym jakiś własny pomysł. Zrobiło się trochę weselej, jaśniej. Dusze odżyły, jakby po dłuższej tułaczce zatęskniły za domem. Radość zagościła w mieszkaniu reb Juzipla. Wszystkich ogarnęła nagle ochota do tańca i do płaczu jednocześnie.
Po tym, gdy wszyscy się już dobrze napatrzyli, reb Juzipl, rabin, który mimo swego stanowiska, nigdy nie pchał się na czoło, wyrzekł te oto słowa:
— Ano, pokażcie i mnie!
Wsadził na nos okulary, patrzył i patrzył, i powoli zlustrował ze wszystkich stron tę akcję z „żydowskiego banku”. Gdy zobaczył na niej litery żydowskie w języku hebrajskim, włożył sobotnią czapkę i odmówił błogosławieństwo „a, że dożyliśmy”. Po czym znowu patrzył na akcję i jego twarz jakoś sposępniała. Można było przysiąc, że łzy pojawiły się mu w oczach.
— Rebe, czemu pan się martwi? — rozległy się pytania. — Trzeba się radować. Trzeba tańczyć. Trzeba iść do końca... Skąd ten smutek u was?
Nie od razu reb Juzipl odpowiedział. Wydobył skądś z kieszeni pod kapotą jakąś dziwną chustę. Wysmarkał nos, choć mnie się zdawało, że wytarł oczy, i westchnąwszy, powiedział złamanym głosem:
— Ach, stęskniłem się za domem rodzinnym.