— Jaka krew?
— Pesach. Maca. A tu cię mam.
Ale Mordechaj-Natan również wpada na pomysł. Szturcha „pana na stanowisku” w plecy, przesuwa ręką po jego kołnierzu i z paskudnym uśmieszkiem psa-lizusa rzuca:
— Ależ z pana dowcipniś. Cha, cha, cha!
Gdy ten podnosi się wreszcie z krzesła i odchodzi, Mordechaj-Natan wypowiada pod jego adresem pochwałę.
— „Pan na stanowisku” to trudny człowiek. Nie można, broń Boże, powiedzieć, że jest zły. To po prostu pies nad psami...
Pewnego razu w sobotę po południu Mordechaj-Natan siedział w domu i studiował jakiś rozdział Pisma. Nagle otwierają się drzwi i do pokoju wchodzi... Makar Chołodny. Z początku nasz bogacz trochę się przeraził. Był wielce zdumiony. Skąd nagle „pan na stanowisku” u niego? Wnet jednak przybrał przyjazną minę i z miłym uśmiechem poprosił gościa, by usiadł. Zdjął z głowy sobotnią czapkę, pozostając jedynie w jarmułce. Do żony zaś odezwał się głośno:
— Temo-Bejlo! Podaj nam coś do przekąszenia!
Makar powstrzymuje go ruchem ręki i powiada:
— Nie trzeba. Przyszedłem do ciebie w ważnej sprawie. To tajemnica.