— Jak to? W gazetach stoi! — Makar nie spuszcza z niego oka.

— Gazety łżą jak pies! — wypala krzycząc Mordechaj-Natan.

— Gazety piszą, że jest protokół! — Makar usiłuje go przygwoździć. — Sam czytałem. Jest protokół.

— Kłamstwo i wymysł! — krzyczy Mordechaj-Natan. Na głowie trzęsie mu się jarmułka238. W ruchu są pejsy.

— Co jest kłamstwem i wymysłem? — Makar płonie z gniewu. — To, co ci przekazuję? Czy to, co jest w protokole?

— Wszystko jest kłamstwem i wymysłem! Wszystko! Od początku do końca z palca wyssane — mówiąc to Mordechaj-Natan wymachuje rękami. Twarz, oczy, pejsy są w nieustannym ruchu. Całe ciało drży. Rozpiera go wściekłość. W takim stanie Makar nigdy go jeszcze nie widział. Wyciągnął z tego wniosek, że Mordechaj-Natan nie bez powodu jest tak wzburzony. Nie z innego zaś powodu, jak tylko z tego, że to prawda. Gdyby tak nie było, to dlaczego tak krzyczy? Dlaczego tak się rzuca? To tylko hucpa239 żydowska każe mu na to wszystko, co zostało napisane, twierdzić, że to kłamstwo i wymysł. I Makar Chołodny podrywa się z oburzeniem. Wsadza na głowę kaszkiet z guzikiem i powiada:

— Za takie słowa jeszcze będziesz odpowiadał!

Rusza ku drzwiom. Mordechaj-Natan podąża za nim natychmiast. Już żałuje tego, co się stało. Chce go przeprosić i zatrzymać. Biegnie za nim.

— Panie! Wasze wysokobłogorodije! Makarze Pawłowiczu!

Nic z tego. Makar Pawłowicz jest już po tamtej stronie drzwi. Mordechaj-Natan nie może się pozbierać. Serce go boli ze zmartwienia. Zagryza się. Może faktycznie powiedział coś nie tak. Diabeł go skusił. I na domiar złego zjawia się Tema-Bejla. Chce koniecznie wiedzieć, co tu robił „pan na stanowisku”. Dlaczego tak prędko się ulotnił? I dlaczego tak trzasnął drzwiami?