W samym środku miasta, tam, gdzie najobficiej rozlało się błoto, spotkały się dwie dziewczyny o tym samym imieniu Nechama. Jedna czarna, krzepka, o gęstych brwiach i krótkim nosie, druga jasna, chorowita, rudowłosa, ze spiczastym ostrym nosem. Jedna bosa z grubymi, ciemnymi łydkami, druga jakby w bucikach, ale takich, co mają otwarte „gęby”, stale proszące o „jedzenie”. Nie ma co, ładne buciki. Przy każdym stąpnięciu zaczynają „gdakać”, a ledwie trzymająca się podeszwa przy mocniejszym kroku piszczy i kwiczy. Po takim chodzeniu po błocie buty te ważą ponad pud344. Lepiej więc już chodzić boso. Obie nasze Nechamy roznoszą właśnie purimowe szalech-monesy345. Noszą brytfanny przykryte białymi serwetkami. Spotkawszy się w środku miasta zatrzymują się:

— O, Nechama!

— O! Nechama!

— Dokąd idziesz Nechamo!

— Co znaczy, dokąd idę? Niosę szalech-mones.

— Do kogo?

— Właśnie do was. A ty dokąd się spieszysz!

— Co znaczy dokąd? Przecież widzisz, że niosę szalech-mones.

— Do kogo niesiesz szalech-mones?

— Właśnie do was!