— Konduktorze — zwracam się do młodzieńca — pojedziemy wreszcie, czy też pójdziemy piechotą?
— Jeśli Bóg pozwoli, to przy jego pomocy! — odpowiada mi konduktor.
— Daj mi trochę tytoniu, Josl! — zwraca się do konduktora furman w podartej kapocie i z batem w ręku.
— A machorkę nie łaska, panie Kasriel? — z miejsca odparowuje konduktor Josl. — Dobry tytoń może wam jeszcze zaszkodzić.
— Nie strugaj wariata, smarkaczu jeden! Daj papierosa.
Konduktor i furman skręcają papierosy.
— Kiedy wreszcie pojedziemy? — pytam po raz wtóry konduktora.
— Dzisiaj — odpowiada flegmatycznie i podaje ogień furmanowi.
A ja czekam i czekam. Powoli zaczyna przybywać pasażerów. Najpierw pakuje się do budy Żyd w podartym kożuszku. Z wydzielanego przez niego zapachu trudno ustalić, co za zwierzę nosiło to futerko. Na lisa za białe, na kota za czerwone. Po Żydzie w podartym kożuszku włazi Żyd bez kożuszka. Zmarzł biedaczysko. Rozgląda się na wszystkie strony, wzdycha i szuka wygodnego dla siebie miejsca. Siada wreszcie w kącie przy drzwiach. Po zmarzniętym Żydzie wtaszczył się najpierw koszyk z jabłkami i tuż za nim Żydówka. Jest owinięta w trzy szale, a mimo to widać, że biedaczce jest zimno.
— Wiśta! Wio! Reb31 Kasrielu, poszoł! — odzywa się konduktor do furmana.