Josl gwizdnął i tramwaj ruszył. Nie zdążył przejechać kilku metrów, gdy zatrzymał się. Drzwiczki „wagonu” otwierają się i ukazuje się w nich jakaś głowa.

— Nie ma tu czasem Mojszy?

— Co za Mojsze? — dopytuje się Josl konduktor.

— Pracuje w sklepie żelaznym?

— Tak, w sklepie żelaznym.

— Znam go.

Po tym stwierdzeniu Josl gwiżdże i daje znak furmanowi. — Wio! Wiśta! Po... o... szedł!

I jedziemy dalej.

— Bilet — zwraca się do mnie konduktor. — Coś nie wydaje mi się pan znajomym. Chyba nietutejszy? Ma pan zamiar na dłużej się tu zatrzymać? Jeśli tak, to zawiozę pana na stancję, a nie do hotelu. Stancja czysta i bez pluskiew. A co się tyczy jedzenia, to wskażę panu takie miejsce, gdzie za tanie pieniądze będzie pan miał samą przyjemność.

— Bardzo panu dziękuję — odpowiadam. — Mam tu znajomych.