— A kto pan jest?
— Żyd — powiada facet — obcy, nietutejszy. Chciałem na chwilę pożyczyć tałes36 i tefilin37. Mój ukradli nie dalej jak wczoraj, tu na tej stancji.
Otwierają się szeroko drzwi i wsuwa się jeszcze jedna głowa. Bez czapki. Przemawia naraz w kilku językach.
— Różne towary. Panie, mam pończochy. Dobre pończochy. Mam rękawiczki zimowe. Z najlepszego materiału. Tanio, prawie za pół darmo. Jak Boga kocham — mówi po polsku, rosyjsku, niemiecku i po żydowsku. — Niech pan sobie kupi pończochy. Nawet pół tuzina. Niech Bóg da panu zdrowie.
Nie wiedziałem, z kim mówię. Często mi się zdarza, że napotykam dziedzica, gadam do niego przez całą godzinę po żydowsku i wtedy obrywam. Dlatego też spróbowałem zagadnąć po polsku, po rosyjsku i po niemiecku. Dzięki Bogu, znam parę języków.
— Pary dobrych rękawiczek, ciepłych rękawiczek, nie weźmie pan? Ja sam, jak pan mnie tu widzi, byłem kiedyś wielkim kupcem. Jeździłem na największe jarmarki. Do Jarmolinca, Proskurowa i do Połtawy. Więc, znaczy się, pan nic nie chce? A może kawałek mydła? Grzebyk, prima sort, też nie? Dziękuję panu za utarg. Moje dzieci się ucieszą. A może kupi pan szczoteczkę? A może krawat? Mam bardzo ładny. A może jeszcze pół tuzina pończoch. Sprzedam taniej. Nie chce pan? No, to wszystkiego dobrego.
Żyd bierze czapkę i odchodzi. Zjawia się inny. Ten już w czapce.
— Kup pan, wujku, u mnie pończochy. Dobre, tanie pończochy.
— Nie potrzebuję pończoch, dziękuję.
— Co znaczy — powiada Żyd — że nie potrzebuje pan pończoch? Przecież dopiero co kupił pan pół tuzina u tamtego. Ja też jestem Żydem. Teżem biedak obarczony licznym potomstwem. Z dwóch chłopców jeden chodzi do szkoły rosyjskiej, drugi terminuje u rzemieślnika, młodsi zaś chodzą do chederu. Dziękuję panu. Życzę zdrowia. Niech Bóg pana wynagrodzi.