Po nim wchodzi następny Żyd. Wysoki, chudy, z twarzą, na której widoczne jest przerażenie.
— Jeśli pragnie pan zrobić dobry i miły Bogu uczynek, to weź pan ode mnie resztę pończoch. Przez to zaoszczędzi pan sobie postu w Tisza b’Aw38. Pozostało mi kilka tuzinów par.
— Nie potrzebuję pończoch. Już mam ich dosyć.
— Daję je panu poniżej własnych kosztów — powiada Żyd. — Nie będę się targował. Ile pan da, tyle będzie. Oby Bóg za to dał panu zdrowie na długie lata. Mam syna, który kończy w tym roku gimnazjum. Chce studiować medycynę. „Nie będziesz ojcze — tak powiada do mnie — musiał więcej harować. Wtedy harował będę ja, a ty sobie odpoczniesz.” Tak powiada mój syn. Ale póki co, trzeba go podtrzymywać, wspierać pieniędzmi, aczkolwiek już, bez uroku, sam trochę zarabia. Dziesięć karbowańców na miesiąc. Bądź pan zdrów. Życzę powodzenia.
Wchodzi Żydówka. Mówi z przyśpiewem.
— To pan jest tym gościem z Jehupca?
— Owszem i co z tego?
— Słyszałam, że pan przybył do Kasrylewki kupić pończochy. No i przyniosłam panu kilka tuzinów na próbę. Mam fabrykę pończoch. Od dziesięciu lat produkuję pończochy.
— Kto pani powiedział — pytam — że ja kupuję pończochy? Nie przyjechałem po pończochy. Nie potrzebuję ich.
Żydówka jednak nie słucha tego, co mówię i robi swoje. Miele językiem. Istny młyn.