Odpowiadam mu, na ile to jest możliwe, dokładnie. Staram się wyjaśnić, co to takiego teatr, co to Kołdunia i kim jest Adler. Mój Żyd wysłuchuje mnie uważnie, kłania się, spluwa i bez pożegnania zmywa się.
— Chano-Bejlo, dokąd to pędzisz?
To jakaś kobieta krzyczy na całą ulicę. Nie wymawia litery r.
— Do tchejotchu — odpowiada kobieta, która również nie wymawia r, oprócz tego zamiast a mówi o. — O, ty nie idziesz do tchejotchu?
— Żeby ją szlag tchafił! Co powiesz na tę moją wielką panią, tę bogaczkę kaschylewską? — żali się pierwsza kobieta. — Moja pani chce, abym akuchat dziś oskubała i zchobiła gęś. A niech jej się zchobi czychak na... I jeszcze jej się zachciało usmażyć ją na smalcu. Oby ją w piekle smażono, Boże mój jedyny! Cały świat wali do tchejotchu, a ja mam być przywiązana do kuchni. Oby ją przywiązano za wszystkie cztechy łapy. Boże kochany!
— Po co jej słuchosz? Zo włosne pieniądze możesz iść, dokąd chcesz.
— Toteż wcale jej nie słucham. Lecę do domu, przebiecham się i z miejsca zasuwam do tchejotchu. Nawet gdyby miała się wściec.
Obydwie kobiety rozchodzą się, ja tymczasem mam z kim pójść do teatru. Kobieta rozgląda się i spostrzega, iż kroczę za nią. Zatrzymuje się, przez chwilę stoi bez ruchu i wnet kieruje się na prawo. Wtedy i ja skręcam w prawo. Wtedy ona w lewo. No to i ja w lewo. Ona zwalnia kroku. Ja w ślad za nią. Wtedy kobieta zaczyna biec. Tak, jak do pożaru.
— Co się stało? — dziwią się ludzie! — Dokąd lecisz? Bój się Boga!
— Jakiś nieszczęśliwy natręt — kobieta wskazuje na mnie. — Nie wiem, kto to jest.