W mig wokół nas tworzy się zbiegowisko. Mężczyźni, kobiety i dzieci. Zaczynają wytykać mnie palcami. Akurat przejeżdża bałaguła51. Wskakuję do budy i każę się wieźć do teatru.

Przed teatrem pełno młodzieży. Chłopcy i dziewczęta przekomarzają się, śmieją. Padają słówka i słóweczka.

— Przepuśćcie pana dziedzica! — to o mnie. Śmiechu co niemiara.

— Ostrożnie! Jeszcze, nie daj Bóg, zgnieciecie mu kapelusz! — bractwo bawi się moim kosztem.

Ledwo udało mi się przez nie przepchnąć i dopaść kasy. Małe okienko. Proszę o bilet. Bractwo napiera na mnie z tyłu, naciska ze wszystkich stron.

— A pan szanowny jaki chce bilet? — to pytanie zadaje mi kasjer, chudy młodzieniec o długiej szyi.

— A jakie ma pan bilety?

— Są za jeden rubel, za dwa i trzy.

— A droższych nie ma?

Bractwo stojące za mną nie przestaje hałasować.