— Co za nieszczęście, co za cios! — jakaś kobieta załamuje ręce i płacze. Żali się głosem modlitewnym. — Co ja teraz pocznę? Nie zdążyłam niczego uratować. Z czego będę żyła? Gdzie się podzieję z moimi małymi dziećmi?
Do płonącego domu jak diabły wbiegają i wybiegają chłopcy. Skaczą w ogień. Ratują, co się da. To nogę od krzesła, to wahadło od zegara, to miotłę.
— A gdzie to się podziewa Eli z sikawką?
— Jestem! Jestem! — Eli daje o sobie znać. Mężczyzna małego wzrostu stoi i zmaga się ze swoją sikawką.
— Co tam robisz? Co się tak długo guzdrzesz z sikawką?
— Muszę ją zaszyć. Rozdarła się.
— A gdzie jest Fiszel ze swoimi wiadrami? — krzyczy zachrypniętym głosem Żyd o twarzy przybrudzonej dymem.
— Fiszel! Fiszel! — wszyscy pomagają mu wołać Fiszela.
— Coście się tak „rozfiszlowali”? — wtrąca się jakiś osobnik. Prawdopodobnie jest to sam Fiszel. — Popatrzcie no, jak się „rozfiszlowali”! Tylko Fiszel, Fiszel i Fiszel.
— A gdzie są twoje wiadra? — zadają mu zewsząd to pytanie.