Szolem długo nie mógł zasnąć. Nie mógł uwierzyć, że to nie sen. Zły sen. Czyżby to było prawdą? Czyżby był złodziejem? I oblewają go poty. Jak nisko może upaść człowiek. I co będzie dalej? Wreszcie zasypia. Plączą mu się we śnie sakiewki. Sakiewki nie są wcale sakiewkami. To żywe stworzenia. Jakieś oblazłe, żółte, pomarszczone. Zimne i mokre. Jak żaby. Ruszają się. Pełzają mu po ciele. Włażą pod kołnierz. Pod pachy. Brr! Budzi się. Zagląda pod kołdrę. Obmacuje się. Dzięki Bogu, to tylko sen. Dobrze, ale jak pozbyć się sakiewki? Nie ma innej rady, jak tylko podrzucić ją w takim miejscu, gdzie ptak jej nie zobaczy. Gdzie jest takie miejsce? Może ją wrzucić do ogrodu sąsiada? Może na cmentarz? A może podrzucić w bóżnicy, w części przeznaczonej dla kobiet? Nie! Najlepiej z mostu do rzeki. Koniecznie w sobotę. I tak też się stało.
Jest sobota w południe. Koniec lata. Na dworze jeszcze ciepło. Chłopcy i dziewczęta spacerują bez płaszczy. Dziewczęta trzymają parasolki. Wśród spacerowiczów znajduje się też nasz bohater z sakiewką. Leży ona głęboko schowana w jego kieszeni. Pełno w niej teraz kamyczków. Gdy rzuci ją do wody, będzie miał pewność, że pójdzie od razu na dno. Szkopuł jednak w tym, że na moście roi się od przechodniów. Jemu zależy przecież na tym, aby nikt nie zauważył. Kręci się więc tam i z powrotem. Zagląda każdemu w oczy. Gotów jest przysiąc, że wszyscy jakoś dziwnie patrzą na niego. A może mu się tylko tak zdaje? Wciąż ta sama śpiewka: „Na złodzieju czapka gore”. Ale oto Bóg ulitował się nad nim. Dotarł do słupa, na którym opiera się przęsło mostu. Przechylił się całym ciałem przez poręcz, niby to obserwując wodę. Jakby zauważył w tej wodzie jakieś dziwy. Ręką namacał kieszeń, w której leżała przeklęta sakiewka. Poczuł obrzydzenie. Miał wrażenie, że trzyma jakieś żywe, wstrętne stworzenie. Powolutku wyciągnął ją z kieszeni i plusk w wodę. Nie ma już sakiewki. Tam, gdzie sakiewka wpadła do wody, pojawiło się kółeczko. Kółeczko rozszerzało się. Tymczasem pojawiły się nowe kółeczka. Szolem nie był w stanie oderwać wzroku od miejsca, w którym utonął jego grzech i pogrzebana została na wieki jego tajemnica. Nagle obudził go melodyjny, piękny głos. Jednocześnie do jego uszu dotarł słodki śmiech.
— Co, rybki pływają? Cha, cha! Czy dlatego pan tak długo wpatruje się w wodę?
Odwraca głowę i widzi córkę kantora w towarzystwie przyjaciółki.
— Panie tu stoją już od dłuższego czasu?
— Cały czas. Cha! cha! cha!
I obie wybuchają śmiechem. Dla nich to tylko śmiech, ale Szolema pożera strach, czy aby nie zauważyły jego uczynku.
Głupi chłopak. Niepotrzebne obawy. Oczekiwało go inne zmartwienie, którego się nawet nie spodziewał. Sądzone mu było przeżyć, jak wnet się przekonamy, nowy dramat pod tytułem Córka kantora.
55. Córka kantora
Płomienna miłość. Wymiana listów. Korespondencja wpada w cudze ręce