— Czy pora wracać?
— Tak, pora wracać!
Idą więc. Wąską, krętą, wytartą ścieżką przemierzają całe pole. Wsiadają do łódki i intonują piosenkę polską, nie żydowską. Ślizgają się po wąskiej, krętej rzeczce, tuż obok żółtego oczeretu.
Jest już ciemno, gdy wracają do domu. Policzki ich płoną. Oczy błyszczą. Są głodni. Po drodze kupili kawon i dwa świeże, miękkie, jeszcze gorące placki. Urządzają sobie kolację. Radość wypełnia serca. Śmieją się. Nie wiadomo nawet z czego.
Postronny obserwator mógłby sobie pomyśleć, że obaj są jednakowo szczęśliwi, w równym stopniu zadowoleni. Są przecież młodzi, zdrowi. Czego im brak? W istocie rzeczy tylko jeden z nich, Eli, był naprawdę szczęśliwy. Drugi, Szolem, był załamany. Nie szedł właściwą drogą. Jedyną jego pociechę stanowił fakt, że miasto zachwycało się jego hakafot w bóżnicy, jego znajomością Tanachu, hebrajskiego i jego umiejętnością pięknego pisania. Były to rzeczy stanowiące dla jego kolegi niedostępną tajemnicę. Nie na jego miarę. Gdzie mu tam do takiego pisania po żydowsku? Gdzie mu tam do takiej znajomości hebrajskiego? Do poetyckiego stylu? Do tego zdolny jest tylko on, syn Nachuma Rabinowicza. On, znający na pamięć wszystkie księgi haskali. On, stały czytelnik „Hamagid”. Aż dziw bierze, że sam jeszcze nie pisuje w „Hamagid”. Skąd jednak mogą wiedzieć, że nie pisuje; a może pisze pod pseudonimem?
Tak to mówią ludzie w Perejasławiu. Szolem chodzi w aureoli sławy. Tak bardzo olbrzymieje w ich oczach. On sam staje się jakby solidniejszy. Nie szuka już kontaktu z dawnymi koleżkami-łobuziakami. Zapisuje się do miejskiej biblioteki. Znosi stamtąd do domu naręcza grubych książek. Czyta Darwina, Buckle’a, Spencera. Obraca się wśród starszych, sławnych, oświeconych młodzieńców miasta. Wśród samouków, którzy o własnych siłach, pilną pracą, przysiadywaniem fałdów, przerobili cały program szkół średnich. Opanowali łacinę i grekę. Przyswoili sobie algebrę, geometrię, trygonometrię, psychologię i filozofię. Gotowi byli choćby dziś wstąpić na uniwersytet. Brak im było tylko pieniędzy na koszta podróży. A oto dwa przykłady eksternów228. Pierwszy z nich nazywał się Chajte Ruderman, drugi Abramek Zołotuszkin. Obydwaj już nie żyją. Obydwaj zasługują na to, by o nich tu wspomnieć. Choćby w kilku słowach.
Chajte Ruderman mieszkał daleko za miastem. Daleko od świata, daleko od ludzi. Był synem mełameda Mojżesza Dawida Rudermana, którego opisałem w pierwszej części niniejszej autobiografii, oraz bratem Szymona Rudermana, którego w ostatniej chwili uratowano przed wychrzczeniem się. Wydobyto z monasteru i posłano do szkół rabinackich w Żytomierzu. Chajte w niczym nie był podobny do swego chorowitego bladego brata — Szymona. Był krzepkim młodzieńcem o barczystych plecach, ładnej twarzy, z pulchnymi, czerwonymi policzkami. Mojsze Dawid był mełamedem, a jego żona, czyli matka Chajtego, została kucharką. Wypiekała ciastka i podawała je gościom na cudzych weselach. Dostarczało to jej środków do życia i umożliwiało utrzymanie syna, który poza książkami świata nie widział. Chajte nie nawiązywał z nikim kontaktów. Rzadko kiedy zaszczycał rozmową. Wszyscy jednak wiedzieli, że Chajte to człowiek uczony, dużo umie, we wszystkim jest doskonale zorientowany, głęboko myślący. Kto miał szczęście zetknąć się z nim, ten pozostawał pod silnym wrażeniem tego utajonego filozofa. Chajte, rozglądając się wokół, ciskał gromy na wszystko i wszystkich. Nie zostawiał na nikim suchej nitki. Kpił z całego świata. Język miał niczym brzytwa. Uśmiech pełen żółci. Dowcip pełen jadu. Skąd ten odludek znał tak dobrze świat i życie? To chyba na zawsze pozostanie tajemnicą. Pewnego dnia latem, podczas kąpieli w rzece, przeziębił się. Rozwinęła się gruźlica i umarł w wieku dwudziestu lat.
Drugi filozof-samouk, Abramek Zołotuszkin, nie był już takim odludkiem i samotnikiem. Młodzieniec pełen radości życia: brunet o czarnych, gorejących oczach, kruczoczarnych kręconych włosach, podobny do Araba. Białe, śmiejące się zęby i ochrypły nieco głos. Ubierał się niby Anglik. Spodnie w kratkę, dziwna jakaś mycka na głowie i zimą gruby kołnierz. Był nasiąknięty lekturą jak gąbka. Kochał zwłaszcza Dickensa i Thackereya, Swifta, Cervantesa i naszego Gogola. Sam też był humorystą. To znaczy pisał potajemnie, wyłącznie dla siebie, humoreski. Żadnej nie chciał wydrukować. Nikomu też ich nie pokazywał. Z natury był to uparciuch, przewrotny i prześmiewca. Zawsze głęboko nad sobą zadumany. Żył z pensji pisarza zarządu miejskiego. Pismo miał równie kręcone jak włosy. Umarł w stanie kawalerskim, tuż po czterdziestce.
Między tymi dwiema gwiazdami krążył Szolem. Starał się jak najwięcej od nich nauczyć i skorzystać.
Pomiędzy Chajtem Rudermanem i Abramkiem Zołotuszkinem rozciągała się przepaść. Ogień i woda. Nigdy się nie spotkali. I nawet nie znali się. Mimo to nienawidzili się nawzajem. Nie wolno było w obecności jednego z nich wymienić nazwiska jego oponenta. Z całą pewnością spotkamy się jeszcze z nimi w następnych rozdziałach moich wspomnień.