64. Dobra posada

Próżniak. Izrael Bendycki udziela rady i ojciec pisze list. Szolem znowu rusza w świat i zostaje z jednym piątakiem. U bram raju. Chłodne przywitanie

Co będzie dalej? Z wszystkich wykonywanych zawodów, których było mnóstwo, jakoś nic nie zostało. Korepetycje rozlazły się. Na studia Szolem nie miał pieniędzy. Siedzieć na karku ojca i być na jego utrzymaniu nie należy do miłych rzeczy. Zwłaszcza że było się już samodzielnym i niezależnym. A chociaż ojciec był dumny ze swego syna, który zdobył wykształcenie i należał do maskilów, to jednak martwił się tym, że jego dziecko pęta się po próżnicy i nie ma zajęcia. Co będzie? Macocha, która z pewnym respektem odnosiła się do pasierba, gdy ten był samodzielny, obecnie straciła szacunek dla próżniaka. Powoli zaczęła wracać do dawnych swoich narowów. Patrzyła jednym okiem, wtrącała od czasu do czasu jakieś jadowite słówko. Kierowała je niby pod innym adresem, ale miała na myśli Szolema. To wszystko ogromnie martwiło ojca. Nie mógł tego znieść.

Sam nasz bohater zagłębiał się w swoje książki albo brał laskę, nasuwał czapkę na głowę i uciekał do wspomnianych już poprzednio swoich filozofów, do Chajtego Rudermana albo do Abrahama Zołotuszkina. Z nimi lubił dyskutować na tematy abstrakcyjne albo ogólnoświatowe. Chajte Ruderman, pesymista z natury, zgodnie ze swoim zwyczajem pomstował na wszystkich wielkich ludzi. Nie uznawał żadnych autorytetów, gwizdał na cały świat. Zołotuszkin natomiast z przyśpiewem cytował całe fragmenty Heinego i Börne’a. Nawijał sobie wówczas na palce grzywkę swoich kręconych włosów i rozgrzewał się. Wpadał w zachwyt niczym zagorzały chasyd powtarzający za rebem jego naukę.

Było to jednak tylko zabijanie czasu. W głębi duszy Szolem odczuwał pustkę. Wiedział, że traci nadaremno czas i energię. Tęsknił za pracą. Rwał się w świat. Życie mu obrzydło. Odczuwał do siebie wstręt, przeraźliwy wstręt.

Bóg jednak, który nikogo nie opuszcza w potrzebie, spojrzał łaskawie na naszego bohatera. Przyszedł mu z pomocą dobry przyjaciel ojca, Izrael Bendycki. Ów człowiek, choć tylko zwykły klemzer, odgrywał w mieście poważną rolę jako szanowany obywatel. Grywał wyłącznie na bogatych weselach. Uchodził za dyrygenta, za kapelmistrza. Głównym miejscem jego pracy był dom zajezdny należący do dziedzica. Był również jedynym fotografem w mieście. Poza tym piękna to postać. Przystojny, wysoki, zawsze wypucowany. Rzadkiej piękności czarna i okrągła broda zdobiła jego twarz. Nosił skórzany kapelusz i skórzane buty na miedzianych obcasach. Języczek miał ostry. Mowę słodką i gładką. Przeważnie używał słów rosyjskich. Mieżdu proczem... sliedowatielno.

Ów Bendycki był częstym gościem w „klubie”, to znaczy w trafice Rabinowicza. Wpadał tam na pogaduszki. Pewnego razu podczas takiej pogawędki Bendycki mimochodem opowiedział, jak to u niego w domu zajezdnym zatrzymał się jakiś bardzo bogaty Żyd, nadziany nabab, prawdziwy magnat, niejaki K. Mieszka sobie ten bogacz w małym miasteczku T., w kijowskiej guberni. Właściwie nie jest to miasteczko, ale wieś. Ma dzieci, dla których pilnie poszukuje odpowiedniego nauczyciela. Ma to być korepetytor obeznany z językiem rosyjskim i żydowskim, na wysokim poziomie, wykształcony i mieżdu proczem229 z dobrego domu.

Okazuje się, że ojciec zna owego magnata od dość dawna. Przed laty, gdy K. był jeszcze małą figurą i kręcił się wokół dworu dziedzica, zwykł był zatrzymywać się w dawnym domu zajezdnym Rabinowiczów. Był wtedy jak brat łata. Bendycki, usłyszawszy to, powiada: — Sledowatielno230, sam Pan Bóg przysłał mnie do was! A skoro już tak, to udzielę wam rady. Siadaj pan do stołu i pisz natychmiast odpowiedni i właściwy list, mieżdu proczem po hebrajsku. Tak jak pan to potrafi i tak jak wypada do magnata pisać. Chłopak zaś niezwłocznie ma pojechać z tym listem do T., objąć posadę i oby to wszystko było w dobrą godzinę, amen!

Tak też się stało. List napisano. Był w nim duży ładunek poezji. Cechował go styl przepiękny i wyszukany język. Mógł on skruszyć najtwardszy kamień. Same tytuły zajmowały trzy bite linijki. Wyliczone w nich zostały wszelkie zalety i pochwały. Gdyby magnat posiadał choćby jedną trzecią tych zalet, mógłby śmiało uchodzić za ideał człowieka. Z taką protekcją nasz młody korepetytor w poszukiwaniu szczęścia po raz drugi rusza w świat boży. Gwoli prawdzie trzeba powiedzieć, że wiele pieniędzy Szolem nie wziął z sobą. Kredytu w banku też nie miał. To, co kiedyś zarobił, zdążył już przepuścić. Ubrał się jak książę, zaś pozostałe pieniądze wydał na bilet kolejowy. Człowiek jest tylko człowiekiem.

Pociąg staje na każdej stacji. Pasażerowie wyskakują do bufetu. Idą w ruch butelki i szklanki. Kuszą gorące pierożki. Jest herbata, jest woda sodowa. Szybko, na jednej nodze, pije się, płaci i hojną dłonią wydziela napiwki kelnerowi, jakby się co najmniej było bankierem albo oficerem. Niech zna pana. Ma się ten gest. I tak na każdej stacji. Te trochę bilonu topnieje jak śnieg na słońcu. W sakiewce pozostaje jeden piątak, ale kto się tym przejmuje? Człowiek przecież jedzie na gotowe. Taka posada. Posiada rekomendacje, czym tu się przejmować?