Co zrobić z głodem? Zegar z historią. Dialog między młodzieńcem a starym zegarmistrzem. Kombinacje nie pomagają, Szolem wciąż jest głodny

Magnat jeszcze nie przeczytał listu. Nasz bohater poczuł się dotknięty do żywego w swojej ambicji. Wyszedł z dworu w stanie silnego wzburzenia. Jak to — list ojca ma się poniewierać? To go najbardziej bolało. Bardziej niż to, że był głodny. A głodny był jak pies. Nie może sobie znaleźć miejsca. Ponosi go. Serce się kurczy, kiszki grają marsza. Zimny pot go oblewa. Szybko w myślach robi remanent rzeczy, które mógłby sprzedać. Za uzyskane grosze mógłby kupić coś do jedzenia, mógłby zaspokoić głód. Gdyby to było w dużym mieście, zastawiłby płaszcz w lombardzie, w ten sposób można zebrać parę groszy...

Sprawdza wszystkie kieszenie i nagle jego myśli zatrzymują się na zegarku. Ale co zrobić z zegarkiem? Zastawić go? Nie ma u kogo. A może sprzedać? Przypomina sobie, że na placu targowym widział szyld z cyferblatem: Czasowych dieł mastier235. Tu zamieni zegarek na forsę. Wielkiego kapitału na tym nie zbije. Zdaje sobie z tego sprawę. Ale wystarczy na zaspokojenie głodu.

Głód to paskudna rzecz. Nie tylko ucisk w sercu, nie tylko drżenie rąk i nóg, ale wstyd, ten okropny wstyd! Trzeba koniecznie zastawić zegarek. Jednak zegarek naszego młodzieńca nie jest zwykłym zegarkiem. Jest to zegarek mający swoją przeszłość, swoje dzieje. Wręcz historyczny zegarek. Dlatego, myślę, należy was zapoznać z historią tego zegarka.

Działo się to wówczas, gdy autor niniejszych wspomnień zażywał sławy korepetytora. W swoim rodzinnym mieście miał znacznie więcej korepetycji, niż przeciętny nauczyciel może sobie wymarzyć. Do pracy brakowało mu jednej rzeczy — zegarka. Uciułał sobie przeto pewną sumkę. Najlepiej można kupić zegarek podczas spaskiego jarmarku. Zjeżdżają się wtedy do Perejasławia kupcy i handlarze z całego świata. Co oko może dojrzeć i co usta mogą wymówić, to wszystko możecie na tym jarmarku kupić.

Pewnego ranka nasz bohater wziął laseczkę do ręki i udał się na targ, aby rozejrzeć się po sklepach i kramach, w których były wystawione bardzo drogie rzeczy, w tym również ze złota. Wielki jarmark odbywał się pod koniec lata, w sierpniu. Wtedy już są dojrzałe kawony i melony. Jabłka i gruszki ułożone w stosy na wozach i na ziemi. Dokoła biegają Żydzi. Biegają jak zatrute myszy. Zahukani i spoceni ubijają interesy, zarabiają pieniądze. Cyganie zaklinają się. Konie rżą, bydło ryczy, świnie kwiczą i wydzierają się z worków. Ślepy żebrak gra na bandurze. Żydówka sprzedaje obwarzanki. Młody chłopak roznosi kwas. Wszyscy gadają. Wszyscy krzyczą. Można ogłuchnąć!

Zamyślony Szolem chodzi sobie po targowisku i napotyka Żydka o pryszczatej twarzy, o dziwnie rozbieganych oczach, odzianego w brudny podkoszulek. Ten zatrzymuje Szolema. Mówi cicho, ochryple i mruga oczkami, wskazując mu w ten sposób jakiegoś wysokiego chudego gościa z wąsami podkręconymi do góry. Ma on na głowie polską czapkę.

— Ten właśnie wielmożny pan — powiada Żydek — ma do sprzedania rzecz za pół darmo. Rzuć pan okiem na to! Co panu szkodzi?

Natychmiast też podchodzi ów „wielmożny pan” i wyciąga z kieszeni jakiś papier. Rozgląda się na wszystkie strony i rozwija go. Na dnie papieru coś błysnęło. Jest to zupełnie nowy, błyszczący zegarek. Facet na mgnienie oka pokazuje go z daleka. Potem zawija z powrotem w papier i chowa do kieszeni bez słów. Od mówienia jest Żydek.

— Prawdziwa złodziejska okazja! Na gwałt potrzebuje forsy. Samo złoto w zegarku warte chyba sto rubli.