— Ile więc chce za zegarek?
— Myślę, że weźmie połowę. To znaczy pięćdziesiąt. Doprawdy, złodziejska okazja! Sam bym go kupił, ale akurat nie mam przy sobie tyle pieniędzy.
— Ja też nie mam — powiada młodzieniec i łapie się za kieszeń.
— A ile pan ma?
— Wszystkiego ze dwadzieścia pięć.
Żyd błyska bękarcimi oczkami, wyciąga rękę i powiada: — Niech będzie na szczęście!
W mig wyliczono pieniądze i złoty zegarek przechodzi do rąk kupca. Na chwilę Szolem odczuwa ucisk w sercu. A nuż zegarek pochodzi z kradzieży? Okazyjny nabytek nie idzie mu w smak. Smutne, ciemne myśli snują mu się po głowie. A nuż znajdą u niego ten skradziony zegarek? Nabycie kradzionego przedmiotu jest gorsze od samej kradzieży. Krótko i węzłowato — żałuje tej całej transakcji. Nic jednak nie poradzisz, przepadło! Wyjmuje zegarek z kieszeni. Ogląda go ze wszystkich stron. Nowiusieńki zegarek, bije jak młot. Koperta z czystego złota, ciężka. Cyferblat bielutki jak śnieg. Wskazówki jak rózgi. Pozostaje tylko pokazać go jakiemuś prawdziwemu specowi, aby go obejrzał i oszacował. Ojciec zna się nawet na zegarkach, ale jakoś nie wypada pokazać go ojcu. Należałoby przecież opowiedzieć całą prawdę. A prawda jest taka, że kupił zegarek na ulicy. Najlepiej byłoby, gdyby zaniósł go do zegarmistrza Henzla. Zegarmistrz Henzel to jeszcze całkiem młody człowiek. To łebski facet. W mieście opowiadają, że Henzel skonstruował zegar według systemu słonecznego. Z jego twarzy specjalnej mądrości nie wyczytasz. Jest to zwykły, prosty Żyd z szerokim nosem. Jeden palec ma gruby, płaski, zakończony długim paznokciem. Tym paznokciem Henzel otwiera szybko zegarek, uzbraja oko w lupę, zagląda do środka i natychmiast może wam powiedzieć, co jest w zegarku, czego mu brak i ile jest wart.
Obejrzawszy nabytek Szolema, zamknął go z trzaskiem i powiedział: — Prosty cylinder, żaden ankier, wart nie więcej niż piątaka.
— No, a złoto?
— Jakie złoto? Takie to złoto jak ja minister.