— W jakim języku został napisany list pańskiego ojca?
— Co znaczy w jakim języku? Po hebrajsku.
— Po hebrajsku? — Berl trzyma się za boki i pokłada się ze śmiechu. Ryczy tak, jakby go sto diabłów łaskotało pod pachami. — Przyjdzie panu, panie młody, jeszcze trochę poczekać, zanim mój krewniak nauczy się czytać listy po hebrajsku. Obawiam się, że to potrwa bardzo, bardzo długo... — I wszyscy wybuchają śmiechem.
Nie minęło pół godziny, a już między młodym Łajewem a Szolemem została zadzierzgnięta nić serdecznej przyjaźni. Z każdą chwilą rosła i umacniała się obopólna sympatia. Okazało się, że młody Jehoszua Łajew jest maskilem. Jest typowym przedstawicielem oświeconych Żydów tej epoki. Doskonały znawca Tanachu, biegły w Gemarze, oczytany w poezji, recytujący na pamięć dzieła Mapu, śmiało rozprawiający na temat More Newuchim i Kuzari i do tego wszystkiego na cudowną rączkę do pisania... Jest tylko nieco słabszy w gramatyce. Poza tym miły, kocha ludzi. Z zasady wszyscy z jego rodziny kochają ludzi. Mieszkając na wsi, łakną widoku człowieka. Czym się zajmują? Dzierżawią majątki u hrabiego Branickiego i hrabiego Mołdeckiego. Sami żyją i prowadzą się jak dziedzice. Mają do swojej dyspozycji konie i karety. Utrzymują dobre stosunki z okolicznymi dziedzicami. Goje wprost przepadają za nimi.
Wynurzenia Jehoszui potwierdziły w całej rozciągłości jego zapewnienie, że rodzina Łajewów spragniona jest widoku człowieka ze świata. Usta mu się przez cały czas nie zamykały. Chciał wyrzucić z siebie wszystko, co nagromadziło się przez długi czas pobytu na wsi. Nie przerywał swoich wynurzeń ani w mieszkaniu, ani na dworze, i nawet wtedy, gdy siedzieli już w faetonie237 i zbliżali się do ich majątku.
— Podobają się panu te rumaki? — Rudy Berl zadał to pytanie w chwili, kiedy Jehoszua Łajew poszedł do stajni, aby wydać polecenie zaprzęgania do drogi. I Berl zaczął rozprawiać o wielkich zaletach ojca młodego człowieka. Jaki to z niego potentat, jaki bogacz i co za wspaniały i oryginalny zarazem człowiek.
— Powinien pan dziękować Bogu, że tak się stało! — Wyszło na to, że Berl właściwie pragnął, żeby jemu podziękowano za wszystko. Ale figa z makiem! To mu się nie uda! Jeszcze pomyśli, że osobiście uratował Szolema od śmierci głodowej. Szolemowi nie jest przyjemnie, że nie może zapłacić za stancję. Z forsą jest u niego chwilowo bardzo krucho.
— Powiedz mi lepiej, panie Berl, ile się należy?
Rudy Berl przymyka oczy i powiada: — Za co?
— Za stancję, za wszystko... Odeślę panu natychmiast po przybyciu na miejsce.