— Z kim spokrewniony?

— Z panem. To znaczy nie zupełnie spokrewniony, ale trochę powinowaty. — Bez zbytnich ceregieli gospodarz bierze Szolema za rękę i prowadzi go do pokoju zarezerwowanego dla lepszych gości. Wreszcie przedstawia go młodemu człowiekowi, który siedzi przy stole i popija herbatę z samowaru.

Był to bardzo sympatyczny młody człowiek o niebieskich oczach, pełnych dobroci, o wysokim jasnym czole i ładnej okrągłej bródce. Na widok Szolema grzecznie wstał i przedstawił się: — Jehoszua Łajew — tak brzmiało jego nazwisko. Poprosił gościa o zajęcie miejsca przy stole z samowarem. Dał znak gospodarzowi, aby podano drugą szklankę i natychmiast napełnił ją herbatą. Podsunął nowemu gościowi talerzyk z obwarzankami, ciastkami i innymi smakołykami. Po czym odezwał się do niego tymi słowy:

— Gospodarz powiedział mi, że pan pochodzi z Perejasławia i jest synem Nachuma Rabinowicza. Jeśli tak, to jesteśmy jakby swoi... Proszę posilić się, proszę napić się herbaty.

Nigdy w życiu, ani przedtem, ani potem, Szolemowi nie smakowała herbata tak jak w tej chwili i żadna potrawa nie miała tak wspaniałego smaku jak te obwarzanki, ciastka i pozostałe zakąski. Toteż szybko i bez śladu przysmaki zniknęły ze stołu. Dobry obyczaj nakazywał zostawić coś na talerzu, ale Szolem nie mógł się oprzeć. Połykał wszystko jak wygłodniała gęś. Gdy się spostrzegł, było już za późno. Już po wszystkim. Tymczasem młody człowiek wymieniał stopnie łączącego ich pokrewieństwa.

— Powinowatym pańskiego ojca jest Abraham Jehoszua. Tegoż Abrahama Jehoszui pierwsza żona była moją ciocią. Była siostrą mojej zmarłej matki. Rozumie już pan? Dalecy powinowaci, ale jednak powinowaci. A teraz powiedz mi pan, skąd pan przybywa, dokąd jedzie i czym się zajmuje?

Po dokładnym przesłuchaniu Łajew dowiaduje się, że Szolem przybył tu po to, aby objąć posadę nauczyciela. Nasuwa się w związku z tym pytanie, czy chce pozostać właśnie u bogacza K., czy też jest mu to obojętne i gotów jest pojechać trochę dalej? Jeśli tak, to miałby dla niego propozycję. Niech jedzie z nim do ojca Łajewa na wieś. Obejmie tam posadę nauczyciela. Uczennicą Szolema będzie młodsza siostra Jehoszui. Ojciec jest w stanie dobrze zapłacić. Nie gorzej od miejscowego bogacza, a może nawet i lepiej. Tu wtrąca się Rudy Berl: — Jeszcze jak. Oby, bez uszczerbku dla niego, przypadła mi choćby jedna dziesiątka tego, co Łajew zapłaci! — I nie pytając zainteresowanego o zdanie Berl dodał, że Szolem z największą przyjemnością pojedzie z młodym człowiekiem do jego ojca na wieś i z nie mniejszą chęcią obejmie tam posadę nauczyciela.

Dziwny Żyd z tego Rudego Berla. Jakby go ktoś prosił o to, aby stał się opiekunem Szolema lub co najmniej jego pośrednikiem. Nikogo nie dopuścił do głosu. Perorował i perorował. Szolem był oszołomiony całą tą historią. Nie wierzył własnym uszom. Czy to sen, czy jawa? A może młody człowiek jest po prostu aniołem, który w postaci ludzkiej zstępuje na ziemię?... Nie wypada mu jednak okazywać radości. Przysłuchuje się więc rozmowie z udaną obojętnością. Rozważa każde słowo, zanim odpowie na propozycje młodego człowieka.

— Pański plan jest może niezły. Szkopuł w tym, rozumie pan, że zaniosłem miejscowemu bogaczowi list polecający od mojego ojca... Co będzie, jeśli...

Tu Rudy Berl wtrącił się: