Młodzieniec: — Złoty zegarek kupię u pana później. Na razie wystarczy mi srebrny. Aby tylko dobrze chodził.

Zegarmistrz: — To się rozumie. Szkoda nawet gadać.

Stary zegarmistrz wysypuje przed klientem pół tuzina nowych zegarków. Młodzieniec wybiera z nich jeden i daje do zrozumienia staremu, że chciałby właściwie dokonać wymiany. To znaczy, że weźmie u niego srebrny zegarek i w zamian da mu swój stary, złoty zegarek. Pyta starego, na ile i za ile by go wziął? Pyta, na ile go wycenia. Stary skrupulatnie ogląda zegarek młodzieńca. Przez chwilę zastanawia się i kiwa głową. Potem wyjmuje watę z uszu i przekłada ją z jednego ucha do drugiego, jakby to miało jakiś związek z zegarkami. Ledwo odważa się powiedzieć, że może wziąć zegarek za jakieś dwa ruble. Wychodzi więc na to, że jeśli młodzieniec chce kupić srebrny zegarek, powinien dopłacić jakieś siedem rubli i sprawa z głowy.

Taka kombinacja przypadła młodzieńcowi do gustu. Proponuje więc zegarmistrzowi: Niech tymczasem zegarmistrz weźmie sobie jego zegarek i da mu te dwa ruble, a za jakieś dwa dni przyjdzie znowu i wtedy wybierze sobie nowy zegarek. Staremu jednak nie podoba się to rozwiązanie. Dlaczego? Po prostu dlatego, że starych zegarków nie kupuje. On sprzedaje zegarki, a nie kupuje. Młodzieniec nie daje za wygraną i proponuje coś nowego: Oddaje swój stary zegarek za jednego rubla i basta! Nie idzie mu o pieniądze. Chodzi o to, że zegarek mu obrzydł. Nie może na niego patrzeć. Na to stary: Jeżeli zegarek mu obrzydł, to może go wyrzucić. Wówczas młodzieniec daje mu do zrozumienia, że teraz nie ubije interesu, bo z forsą u niego krucho. To znaczy, że chwilowo nie śmierdzi groszem. Wtedy stary udziela mu rady: Niech zajdzie kiedy indziej, gdy będzie przy forsie. I tak w kółko. Jeden mówi tak, a drugi siak. Od kiedy Bóg handluje z nudziarzami, to jeszcze takiego nudziarza nie spotkał.

Młodzieniec chowa swój tombakowy zegarek do kieszeni i prosi starego, aby odłożył wybrany srebrny zegarek. Może jeszcze dziś wpadnie do niego. Mają dla niego nadejść pocztą pieniądze. Niech mu wybaczy, że zajął mu tyle czasu. Na to stary powiada, że nic nie szkodzi. Jednak jego blada twarz, złe spojrzenie i drżenie palców mówią co innego. Młodzieniec ledwo trafia do drzwi. Ze ściśniętym z głodu sercem wraca do Rudego Berla na stancję. Prosi Boga, żeby przynajmniej uniknął spotkania z gospodarzem. Ten bowiem rudy Żyd jest jedynym człowiekiem, który domyśla się, że Szolem jest głodny.

67. Anioł w postaci człowieka

W bóżnicy. Zjawia się anioł i szczęście uśmiecha się do Szolema. Zostaje zaangażowany na wieś jako nauczyciel i nie zdaje sobie nawet sprawy, że tym razem jego szczęście zostało przypieczętowane na zawsze

Drugim zajazdem poza domem należącym do Rudego Berla był dom modlitwy w miasteczku. Tam też wybrał się bohater niniejszych wspomnień nazajutrz rano. Nie mając nic do roboty postanowił wziąć udział w modlitwie. Modlił się sam, gdyż garstka Żydów z miasteczka bardzo wcześnie utworzyła minjan236 i odprawiła modły, po czym jak zwykle udała się na poszukiwanie parnose. W bóżnicy pozostał tylko szames, z zawodu szewc. Jako szewc nie ma zbyt wiele roboty, dlatego dorabia w bóżnicy. Na widok obcego młodzieńca z woreczkiem na tefilin, szames-szewc podszedł do niego i zapytał, czy czasem nie wypadła mu dziś rocznica śmierci po którymś z rodziców. Jeśli tak, to poleci natychmiast zebrać minjan.

Nie, żadna rocznica. Po prostu chce się pomodlić. Uspokojony szames powiada: — No i na zdrowie! Masz pan i modlitewnik. — Powiedziawszy to, szames wychodzi do przedsionka bóżnicy i zabiera się do reperacji pary starych butów.

Już dawno nasz młodzieniec nie modlił się tak żarliwie. Był już wtedy daleki od religijnego zapału. W okresie haskali pobożność uchodziła nawet za ujmę. Fanatyk traktowany był gorzej niż hultaj, a może jeszcze gorzej; tak dzisiaj traktowany jest przechrzta. Ale ta modlitwa była potrzebą duszy Szolema. Ogarnęło go nagle coś w rodzaju ekstazy religijnej. Rozmodlił się na głos. Rozśpiewał się niczym kantor, a przy osiemnastu błogosławieństwach rozpłakał się. Długo, serdecznie. Wypłakawszy się poczuł ulgę. Zrobiło mu się lekko na duszy. Jakby spadł mu kamień z serca. Skąd ten płacz? Tego nie był w stanie wytłumaczyć. Po prostu jakoś sam wydobył się ze zbolałej duszy i dokonał jej oczyszczenia. Może z powodu postu? Szolem postanowił natychmiast przerwać głodówkę. Za wszelką cenę. Dość poszczenia. Wkłada tefilin do woreczka, bierze laskę i idzie do domu, na stancję. Tam spotyka Berla, który przekazuje mu następującą nowinę: Oto dziś zatrzymał się u niego na stancji młody, bogaty pan, prawdziwy wielmoża z pobliskiej wsi. Zdaje się, że jest nawet blisko z nim spokrewniony.