Zaczęło się od tego, że dostał oddzielny pokój. Skromny, ale ze wszystkimi wygodami i z najlepszą obsługą. Miał tam sporo wolnego czasu i mógł robić to, co chciał. Lekcja z uczennicą zajmowała mu jakieś dwie, trzy godziny dziennie. Pozostały czas mógł wykorzystać dla siebie. Mógł w tym czasie czytać książki lub pisać. A czytał wszystko, co mu wpadło w rękę. Stary Łajew sam lubił dużo czytać i nie żałował pieniędzy na zakup nowych książek. A że czytał wyłącznie po hebrajsku, to nic dziwnego, że jego biblioteka składała się w większości z książek hebrajskich. Jidisz nie był jeszcze wtedy w modzie. Kalmen Szulman, Mapu, Smoleński, Mandelkern, Gotlojber, Jehalel, Icchok Ber Lewinzon, Mordechaj Aaron Ginzburg, Icchok Erter, doktor Kaminer, Chaim Zelig Słonimski, oto nazwiska pisarzy, które zdobiły bibliotekę wiejskiego magnata, dziedzica Łajewa. Wszystkie te książki znał stary Łajew niemal na pamięć. Lubił z nich przytaczać cytaty. Stale i wciąż rozprawiał na ich temat. Miał niezwykły talent do opowiadania różnych rzeczy swoimi słowami. Rzekłbym, że był to znakomity orator. Miał ogromne poczucie humoru. Jego opowiadania trzymały w napięciu. Człowiek o wielkim doświadczeniu, miał wiele do opowiadania. Mógł mówić godzinami i zawsze ciekawie. Nie tylko opowiadał. Poetyzował, tworzył, malował. Jego słowne obrazy pełne były barw. Gdziekolwiek przebywał, nawet wśród mnóstwa ludzi, słychać było tylko jego głos. Jego i nikogo więcej.

Był to w ogóle rzadko spotykany typ człowieka. Oryginał pod każdym względem. Żyd, ale niepodobny do innych Żydów. Wyrósł i wychował się w pobożnej rodzinie żydowskiej, w żydowskim mieście Bogusławiu. Aż dziw bierze, jak mógł w tych warunkach wyrosnąć taki okaz. Skąd u Żyda bogusławskiego żyłka dziedzica? Skąd się u niego wzięła miłość do ziemi i zamiłowanie do pracy na roli? Warto popatrzeć na niego, gdy wczesnym rankiem, ubrany w długie błyszczące buty z cholewami, aksamitną, długą do kolan marynarkę, stoi przy młockarni i dowodzi pracownikami wrzucającymi snopy do maszyny lub tymi, którzy pracują przy wialni albo przy rzeszotach. Był wszędzie. Sam doglądał wszystkiego. Był przy orce, siewie, pieleniu, wykopkach, żniwach. Przy sprzęcie240 zboża, przy koniach, wołach, krowach. Myślę, że gdyby kiedyś zaszła potrzeba pokazania innym narodom wzoru i przykładu Żyda-dziedzica, właściciela dóbr ziemskich i prawdziwego rolnika, to najlepszy byłby stary Łajew. Chrześcijanie otwarcie przyznawali, że u tego Żyda można i trzeba się uczyć, jak prowadzić gospodarstwo, jak rządzić ekonomicznie, jak bardziej wydajnie uprawiać ziemię i jak obchodzić się z pracownikami. Wszyscy bez wyjątku chłopi ze wsi przepadali za nim. Nie bali się go, ale i mieli dla niego szacunek. Oni go po prostu lubili. Lubili go za to, że traktował ich jak ludzi, że obchodził się z nimi jak przyjaciel, jak ojciec. Od poprzednich polskich dziedziców chłopi nigdy czegoś takiego nie zaznali. Godzi się nadmienić, że starsze pokolenie mużyków241 nie zapomniało jeszcze smaku pańszczyzny. Wielu chłopów nosiło na swoich plecach ślady chłosty. A tu tymczasem obchodzą się z nimi jak z ludźmi, a nie jak z bydłem. Poza tym żywili do gospodarza ogromne zaufanie. Rzadko kto we wsi był w stanie zliczyć do dwóch. W rachunkach całkowicie polegali na starym Łajewie. Byli pewni, że ich nie oszuka.

Trudno sobie wyobrazić, jak potoczyłaby się historia narodu żydowskiego i jaką rolę odegralibyśmy w życiu ekonomicznym i politycznym kraju, gdyby nie te niektóre osławione wremiennyje prawiła242 wprowadzone przez ministra Ignatiewa. Ustawy te zabraniały Żydom osiedlać się na wsi, nabywać ziemię lub ją dzierżawić i uprawiać. Mówię o tym dlatego, że tacy gospodarze, jak na przykład Łajew, nie należeli w tych okolicach do rzadkości (podobnie zresztą w innych rejonach strefy osiedleńczej). Żydzi bogusławscy, kaniowscy, spalscy, Żydzi z Rżyszczewa, Złotopola, Taraszczy i Humania osiedlali się na wsiach i w małych miasteczkach. Wydzierżawiali większe lub mniejsze majątki, brali w arendę243 folwarki pańskie i dokonywali tam cudów. Z ruin i złej, zaniedbanej ziemi potrafili stworzyć prawdziwy raj. Nie ma w tym, co mówię, żadnej przesady. Powyższą opinię usłyszał autor tych wspomnień z ust słynnego rosyjskiego dziedzica Wasyla Fiodorowicza Symerenki, z którym stary Łajew pozostawał w bliskich stosunkach handlowych. Z tymże Symerenką będziemy jeszcze mieli okazję się spotkać. Słowem, macie przed sobą typ Żyda-dziedzica, Żyda-rolnika, który zrządzeniem złego losu zniknął, niestety, z areny dziejów na długie, długie lata.

70. Życie na wsi

Wieś Zofiówka. Autor poznaje okolicę. Trzech dobrych Żydów. Nauczyciel i uczennica stają się sobie bliscy niczym brat i siostra. Wśród książek, w polu i u sąsiadów

Wieś, do której sprowadzony został autor tej opowieści, należała do hrabiego Branickiego. Nazywała się Zofiówka. Szolem przybył tu w charakterze nauczyciela. Przyjechał na krótko, a został na zawsze. Tu znalazł swój drugi dom rodzinny. Tu, jak się przekonacie, znalazł swoje szczęście i tu zapadła ostateczna decyzja w sprawie jego dalszego życia. Tymczasem jako korepetytor spędził na wsi niemal trzy lata. Te trzy lata trzeba zaliczyć do najlepszych, najpiękniejszych i najszczęśliwszych w jego życiu. Można powiedzieć, że była to prawdziwa wiosna jego życia. Wiosna we wszystkich jej przejawach. Tu miał okazję bliżej poznać przyrodę, boży świat i bożą ziemię. Ziemię, z której wszyscy wyszliśmy i do której wrócimy. Tu dostrzegł, zrozumiał i poczuł, że nasze miejsce jest na łonie natury, a nie tam, w mieście. Tu doszedł do wniosku, że jesteśmy częścią składową wielkiego świata przyrody, że zawsze tęskniliśmy i będziemy tęsknić za matką-ziemią. Zawsze kochaliśmy i nigdy nie przestaniemy kochać otaczającego nas świata. Wieś pociągała nas zawsze i myślę, że tak już to pozostanie. Sądzę, że mój wielkoduszny czytelnik wybaczy mi ten krótki wstęp. Gdy powracam do wsi, trudno mi powstrzymać się i zataić moje uczucia z nią związane. A teraz, gdy już wyjawiłem je, przechodzę do opisania tej wsi. Chcę dać dokładny obraz szczęśliwego wiejskiego życia.

Nasz nauczyciel spał w dużym, jasnym pokoju, przy zamkniętych okiennicach. Obudziwszy się wczesnym rankiem, jednym pchnięciem otworzył okno wraz z okiennicą. Snop światła wdarł się do pokoju. Wraz z nim napłynęło ciepłe od słońca powietrze. Miało w sobie zapach rezedy zmieszanej z miętą i aromat przeróżnych zielsk, których nazw nawet nie znamy. Rośliny te zasiał kiedyś hrabia Branicki. Obecnie rosną one dziko wraz ze zwykłym burzanem i pokrzywą. W połowie lata zielska osiągały taką wysokość, że nauczyciel i uczennica w czasie spaceru tonęli po prostu w ich gęstwinie. Rośliny sięgały im po szyję. Mogli doskonale bawić się w chowanego.

Raptownym otwarciem okna Szolem spłoszył rozgdakaną kurę i jej rodzinę. Wnet jednak powróciła i zaczęła grzebać w śmietniku, dając przy tym lekcję swoim pisklętom, jak należy szukać i wybierać to, co nadaje się do jedzenia.

Poranna toaleta i mycie nie zabiera dużo czasu. Jest jeszcze wcześnie. Gdy jednak Szolem wychodzi ze swego pokoju, nie zastaje już nikogo. Stary Łajew od dawna jest już w gumnie244, skąd dochodzi warkot młockarni. Jego żona zajęta przy indykach, gęsiach, kaczkach i innym ptactwie domowym. Prawdziwe królestwo drobiu. Z szerokich pól woły ciągną powolutku wozy ze zżętym zbożem. Gołym okiem można dostrzec widniejące w dali łany pszenicy. Sporo już skoszono. Sterty związanego w snopy użątku leżą na polu. Wiele zagonów lśni jeszcze zielenią i kołysze się w podmuchach lekkiego wiatru. Za łanami zboża w równych rzędach zielenią się liście buraków. Wśród nich w rzadkich odstępach, pojedynczo, rosną słoneczniki. Wysokie, w żółtych czapach niby żołnierze na warcie. Ptaki lubią słoneczniki. Wydziobują z nich, jedna po drugiej, białe jeszcze, ale już słodkie pestki. Za buraczanym polem szumi młoda gęsta dąbrowa, zwana Turczyną. W czasach, gdy majątek należał do magnatów, chodziło się do lasu na polowanie. Teraz należy on do Żyda, bezbronne zające i Bogu ducha winne ptaszki mogą zatem spać spokojnie. Żydzi nie polują. W inny sposób korzystają z dobrodziejstw lasów. Stary Łajew wywiózł z lasu sporo drewna, z którego zbudował stodoły i stodółki, magazyny i magazynki, spichlerze na zboże i obory dla krów i wołów, stajnie dla koni, wozów i sań.

Lekcje odbywały się zaraz po śniadaniu. Potem nasz korepetytor odbywał spacer po ogrodzie. Czasem sam, a czasem razem z uczennicą. Trudno powiedzieć, kiedy ogród jawił mu się w najpiękniejszej krasie. Czy w okresie świąt Szawuot, gdy drzewa były w rozkwicie, czy też wtedy, gdy porzeczka zaczęła się czerwienić, a agrest żółcić. A może znacznie później, pod koniec lata, gdy jabłka spadały z drzew i spóźnione okrągłe śliwki błyskały wśród gałęzi. O każdej porze roku ogród zachwycał swoim powabem i wdziękiem. O każdej porze roku nauczyciel ze swą uczennicą odkrywali w ogrodzie coś nowego. Może to być agrest. Nie szkodzi, że jeszcze zielony i kwaśny jak ocet. Fraszka, że przy zrywaniu można sobie pokłuć palce. Zrywają te owoce, które są największe, te, które zwisają w dół prześwietlone przez słońce. Cóż dopiero, gdy porzeczki napełniają się czerwonym sokiem i mienią się kolorami tęczy w promieniach słońca! Proszą się po prostu, aby je skosztować. Kiść po kiści. Kosztują więc, próbują, aż zęby cierpną. To samo powtarza się z czereśniami, wiśniami i innymi owocami, dojrzewającymi w różnych porach. Prawda, są to owoce, które można kupić również w mieście. Można je z łatwością nabyć za pieniądze. Nie mają jednak wtedy tego smaku i tego zapachu. Zwłaszcza gdy się je zrywa wprost z drzewa w towarzystwie miłej dziewczyny; w towarzystwie dziewczyny, dla której jesteś miły, drogi, kochany jak własny brat...