I nie mogło być inaczej. Przecież jej ojciec i matka traktowali młodego nauczyciela jak własnego syna. W ich stosunku do własnych dzieci i do Szolema nie było żadnej różnicy. Korzystał więc ze wszystkich dobrodziejstw zamożnego domu. Opływał w dostatki. Nie znał, co to bieda. Nie miał żadnych kłopotów pieniężnych. Nikt w tym domu nie wiedział, co znaczy pieniądz. Nie chodzi o to, że nie było tam pieniędzy. Wprost przeciwnie. Pieniędzy było w bród, ale oprócz starego Łajewa nikt nie znał ich wartości. Nikt nie odczuwał ich braku. Wszystkiego mieli pod dostatkiem. Jadła, napojów, odzieży i powozów do podróży. A wyjeżdżało się z fasonem! Na każdym kroku służący. Mieli do swojej dyspozycji ludzi i konie o każdej porze dnia i nocy. Gdy zajeżdżali do wsi, chłopi zdejmowali przed nimi czapki i nisko się kłaniali. Prawdziwi wysoko urodzeni hrabiowie nie mogli czuć się swobodniej.

Z roboty stary Łajew wracał cały pokryty pyłem, słomą i ostami. Zdejmował wtedy wysokie buty z cholewami, mył się dokładnie i natychmiast zmieniał się nie do poznania. Zupełnie inny wygląd. Siadał przy biurku i zaczynał przeglądać pocztę dostarczaną codziennie przez umyślnego chłopaka, który wyprawiał się po nią konno do stacji Baranie Pole. Po przejrzeniu poczty Łajew wołał nauczyciela i kazał mu odpisywać na listy. Szolem wykonywał zleconą pracę bardzo dokładnie. Ze starym rozumiał się w pół słowa. Tajniki korespondencji miał w małym palcu. Stary nie miał w zwyczaju dwa razy powtarzać tego samego. Chciał, by go pojmowano w lot, jeszcze nim dokończy zdania. Sam pracowity, cenił tych, którym praca się paliła w rękach.

Po załatwieniu korespondencji siadano do stołu. Rzadko bywało, aby przy stole nie było osób spoza kręgu domowników. Do wspólnego posiłku siadali często goście. Byli to sąsiedzi, dzierżawcy albo kupcy, którzy przyjechali po pszenicę, owies, jęczmień lub inne zboża. Przy stole panowała ostra dyscyplina. Nikt nie odważył się podnieść głosu. Tylko stary grzmiał jak dzwon. Nigdy nie brakło mu tematów. Na każdą okazję miał stosowną przypowieść, właściwy przykład i trafne powiedzonko pobudzające biesiadników do śmiechu lub refleksji. Nie było drugiego, który by z równym talentem umiał opowiadać, naśladować i parodiować. Robił to z genialną wprost precyzją. Jednak w świecie Żydów uchodził Łajew za co najmniej osobliwego człowieka. Ot, cudak w móżdżek kopnięty. Mimo to kupcy lubili z nim handlować. Bowiem jego słowo było święte. Jeżeli nawet zapłacili za zboże trochę drożej, to z całą pewnością nie żałowali tego. Nie wchodziły tu w grę jakieś z góry ustalone zasady. Wynikało to po prostu z wrodzonej uczciwości Łajewa, który nie znał krętactwa i fałszu. W środowisku kupieckim taki człowiek uchodzi zwykle za wariata, a mimo to wszyscy kupcy chcieli z nim prowadzić interesy, nie zaś z kimś bardziej „normalnym”.

Po posiłku pozostają przy stole tylko stary Łajew i jego goście. Toczą się wtedy konkretne rozmowy, załatwia się sprawy handlowe. Młody korepetytor zabiera się do lekcji z uczennicą. Studiują, piszą, ale głównie czytają. Czytają wszystko, co popadnie. Bez wyboru, bez systemu, bez z góry narzuconej koncepcji. Najczęściej czytają powieści. Czytają utwory największych klasyków: Szekspira, Dickensa, Tołstoja, Goethego, Schillera, Gogola. Wraz z nimi czytają również najgorsze, kiczowate powieścidła: Eugeniusza Sue, Xaviera de Montépin, Acharda Van Badena i wielu innych francuskich pisarzy bulwarowych. Naczytawszy się do syta, wychodzą w pole popatrzeć na pracę żniwiarzy. Na widok zboża układanego w snopy ogarnia ich chętka, aby zakasać rękawy i też zabrać się do pracy. Okazuje się jednak, że stać z boku i obserwować, jak inni koszą i zbierają, jest znacznie łatwiej, aniżeli samemu schylać się, kosić i zbierać. Od patrzenia człowiek się nie męczy i nie dostaje odcisków na dłoniach. Za to nabiera apetytu.

Po powrocie do domu sięga się więc po zsiadłe mleko i czarny razowy chleb. Po czym następuje przechadzka po ogrodzie. Można też kazać Andriejowi zaprząc powozik i wyruszyć na objazd dzierżaw i arend. Do Guzyfki, Krytohorbów i Zakuteńca. Można też pojechać do Baraniego Pola, do naczelnika poczty, pana Malinowskiego. Wszędzie człowiek spotyka się z serdecznym przyjęciem, uważany jest za miłego gościa. Na stole samowar i konfitury. U Malinowskiego znajdzie się zaraz butelka wódki, którą naczelnik poczty kieliszek po kieliszku sam wypija do dna. Malinowski to goj, który uwielbia gorzałkę. A jeśli nie do Malinowskiego, to można wpaść do Dodiego, ekonoma, który mieszka na tym samym podwórzu co gospodarz. Tam, u Dodiego, w jego małym mieszkaniu jest zawsze wesoło. A to, co możesz zjeść u Dodiego, tego nie dostaniesz w domu Łajewa. Na przykład młody czosnek ze szczawiem. To jest specjał małżonki gospodarza. Albo solone ogóreczki prosto ze słoja i ziemniaki w mundurkach. Słodkie głąby kapusty, którą żona ekonoma poszatkowała na kiszenie. Można się napić kwasu jabłkowego, który smakuje jak napój bogów. Pani domu była uszczęśliwiona tymi wizytami. Jednak szczęśliwszy był Dodi. Wprost w siódmym niebie. Sam Dodi jest zresztą indywidualnością zasługującą na specjalny rozdział, poświęcony tylko jemu.

71. Ekonom Dodi

Człowiek natury. Stary Łajew czyta historię o Piotrze Wielkim i Dodi w trakcie czytania zasypia. U ekonoma w mieszkaniu. Bohater pisze powieści, romanse i dramaty, a nad własnym romansem nie zastanawia się wiele

Ekonom Dodi był potężnym chłopem, można rzec atletą. Nie tyle ze względu na wzrost i wagę, ile z powodu swojej wspaniałej budowy. Była to bardzo solidna postać. Płowowłosy, o małych oczkach, z lekka zezujących. Bary — stal, pierś — żelazo, ręka — młot. Nie każdy koń chciał go nosić na grzbiecie. Gdy siadał na konia, to jakby przyrósł do niego. Nie wiadomo, gdzie kończy się koń, a zaczyna Dodi. Przed Dodim wszyscy chłopi mieli pietra. Truchleli na widok jego ręki, chociaż rzadko robił z niej użytek. Chyba w sytuacji bez wyjścia. Wówczas, gdy słowa nie odnoszą skutku. Wystarczyło, że ktoś szepnął: — Idzie Dodi — a wszyscy chłopi i chłopki zajęci paplaniem zabierali się w mig do przerwanej pracy. Dodi nie marnował czasu na czczą gadaninę dydaktyczną. Brał w ręce sierp albo łopatę lub chwytał za pług i własnym przykładem pokazywał, jak należy pracować. Oszukać go nie było łatwo, a ukraść coś — niemożliwe. Za kradzież karał surowo. Nie popuszczał też pijakom. Co innego jeden kieliszek, co innego w miarę. Uchlać się jednak i urządzać skandale? Co to, to nie! Nie ręczył wtedy za życie pijaka.

A teraz wyobraźcie sobie, że ten Dodi, chłop na schwał, przed którym drżeli ze strachu wszyscy chłopi we wsi, gdy stawał przed obliczem Łajewa, zmieniał się nie do poznania. Malał jakoś i cichł. Cichszy od wody i niższy od trawy. Ręce spuszczone, oddech wstrzymany. Prosty żołnierz stojący przed generałem lub marszałkiem nie wykazuje więcej szacunku i lęku. Jako młody chłopak Dodi przybył na wieś i został już na zawsze. Rósł, dojrzewał i wciąż wspinał się wyżej, aż stary Łajew awansował go na ekonoma. Uczynił go inspektorem nad wszystkimi gospodarstwami. Tu na wsi Dodi ożenił się, uzyskał stałe miejsce pracy, oddzielny domek z własnym ogrodem. Miał swoją mąkę, swoją słomę, drewno opałowe, kilka mlecznych krów i dorobił się dzieci. Słowem, stał się gospodarzem pełną parą. I mimo to Dodi nigdy nie odważył się w obecności starego Łajewa usiąść choćby na chwilkę. Raz tylko zdarzyło mu się coś takiego i zapamiętał ten wypadek na całe życie.

Wydaje mi się, że już zwróciłem waszą uwagę na fakt, iż stary Łajew lubił każdego pouczać, uświadamiać i dzielić się tym, co wiedział. Pewnej długiej nocy zimowej Dodi stał przed nim jak zwykle wyprostowany niczym struna i składał raport ze stanu powierzonych mu gospodarstw. Po złożeniu meldunku czekał na rozkaz odejścia. Stary jednak był dobrze usposobiony i chciał trochę pogadać. Już nie o gospodarstwie, ale o sprawach ogólnych. Zaczął od sąsiadów Polaków, by potem przejść do sprawy Polski. Mówił o polskim powstaniu. Od Polaków przeszedł do Rosjan. Rozwodził się nad Piotrem Wielkim. Na stole akurat leżał podręcznik Rosji w hebrajskim przekładzie Mandelkerna. Stary Łajew otworzył książkę i zaczął tłumaczyć Dodiemu całą historię Piotra Wielkiego po żydowsku. Czytając, polecił Dodiemu zasiąść na krześle. Dodi jednak nie odważył się. Wtedy stary powtórzył polecenie. Nie było wyjścia, więc usiadł przy drzwiach pod ściennym zegarem. Głowa Dodiego nie była przyzwyczajona do takich lekcji. Ponadto siedząc na wysokim wygodnym krześle powoli popadł w drzemkę. Oczy mu się kleiły. Ukołysany monotonnym głosem starego ostatecznie zasnął głęboko. Zostawmy na razie Dodiego. Niech sobie śpi spokojnie, a tymczasem poświęcę kilka słów wielkiemu zegarowi ściennemu. Był to stary gruchot. Inwalida, który już dawno wysłużył swoje. Mógłby już sobie od lat spoczywać na strychu, wśród innych starych gratów. Cóż z tego, gdy Łajew miał dziwną słabość do staroci. Na przykład do starego lustra, które odbijało dwie twarze naraz, lub do starej komody, z której niezwykle trudno było wyciągnąć szufladę. Na jego biurku stał niezmiennie od wielu, wielu lat kałamarzyk w dawnym stylu — szklany bucik i czarna drewniana miseczka napełniona piaskiem. Za żadne skarby Łajew nie chciał zamienić tego starego kałamarzyka na nowoczesny, porządny kałamarz. Nie chodziło tu rzecz jasna o skąpstwo. Stary nie był wcale skąpy. Przeciwnie, jeśli kupił coś, to musiało być w najlepszym i najdroższym gatunku. Po prostu ciężko mu było rozstać się z antykami. Tak się rzecz miała również z zegarem, który stale wymagał zwiększania wagi. Co pewien czas przybywał mu nowy ciężarek. Zanim wybił godzinę zanosił się ochrypłym kaszlem niczym wiekowy starzec chorujący na astmę. Ale gdy już zaczął bić, to bił jak dzwon kościelny. Bim! Bom! Było go słychać na dworze! Teraz możemy wrócić do Dodiego. Dodi śpi, a stary czyta dzieje Piotra Wielkiego i jego żony Anastazji. Nagle zachciało się zegarowi wybić godzinę dziewiątą. „Pali się” — pomyślał Dodi. W mig zerwał się i krzyknął: — Wody! — Stary przeraził się. Odłożył książkę o Piotrze Wielkim i spojrzał na słuchacza przez okulary. Tego spojrzenia Dodi nie zapomni do grobowej deski.