Nasz korepetytor lubił Dodiego za jego sposób bycia, za jego dobroć. Był przekonany, że ten człowiek natury nigdy w swoim życiu nie skłamał. Jego wierność i przywiązanie do chlebodawcy i jego rodziny nie znały granic. A ponieważ Szolem był traktowany przez Łajewów jak własne dziecko, Dodi rozciągał swoje przywiązanie i na niego. Uznał go za członka rodziny i gotów był za niego skoczyć w ogień. W oczach Dodiego wszystko, co miało styczność z rodziną Łajewów, uchodziło za coś wzniosłego. Rodzina ta stała w jego oczach wyżej od innych ludzi. Wprost uwielbiał ją. Z tego uwielbienia korzystał też nauczyciel. W gorące dni lata albo podczas długich wieczorów zimowych korepetytor lubił ze swoją uczennicą wpaść do domu Dodiego. Tam, w małym domku, gdzie ręką można było dosięgnąć sufitu, młodzi czuli się lepiej niż u siebie. Jedzenie u Dodiego miało smak niebiańskich potraw. Latem wspaniały był kwaśny szczaw z młodym czosnkiem. Cudowne kartofle w mundurkach z solonymi ogórkami, z kapustą. Były tysiąc razy lepsze od najlepszych smakołyków serwowanych w domu Łajewów. Cóż dopiero mówić o ciastkach i skwarkach małżonki Dodiego! Dzień, w którym wypiekała ona ciasto albo topiła smalec, był prawdziwym świętem. Wyobrażacie sobie? Gorące ciasto wprost z pieca! Świeże, tłuste skwarki, które rozpływają się w ustach jak owa manna, którą Żydzi jedli na pustyni.
Najczęściej gościli u Dodiego zimą. Wtedy, kiedy drzewa opatulone są w biel i wyglądają jak nieboszczycy odziani w śmiertelne całuny. Wieś traci zimą swój powab, a natura bogactwa typowe dla okresu letniego. Wtedy nie pozostaje nic innego, jak tylko wpaść do dobrze ogrzanego mieszkania Dodiego i delektować się smakołykami jego żony Pesi. Na dworze panuje przeraźliwa cisza. Śniegu pełno. Wokół pusto. W sercu narasta smutek. Dusza pełna niepokoju. Chyba że od czasu do czasu każe się Andriejowi zaprząc konie do sań i urządza się przejażdżkę z jednego folwarku do drugiego. Trzeba wdziać wtedy kożuch, nakryć nogi ciepłą skórą baranią, a w każdym folwarku czeka już na stole samowar. Pijemy gorącą herbatę i jedziemy dalej.
Jednak i zima ma swoje zalety. Jest wówczas sporo czasu na czytanie i pisanie. W ciągu tych prawie trzech lat pobytu na wsi nasz bohater napisał o wiele więcej, aniżeli później w ciągu dziesięciu lat, gdy był już znanym pisarzem. Nigdy potem już mu się tak lekko nie pisało. Całymi nocami tworzył długie wzruszające powieści, wstrząsające dramaty, skomplikowane tragedie i zawiłe komedie. Pomysły sypały się jak z rękawa. Wyobraźnia tryskała jak fontanna. Dlaczego i po co to wszystko pisał? Tego pytania nigdy sobie nie zadawał. Ledwo zdążył zakończyć jakieś „dzieło”, natychmiast czytał je swojej uczennicy. Oboje byli zachwyceni. Święcie przekonani, że jest to arcydzieło. Nie na długo jednak. Gdy tylko uporał się z następnym utworem, poprzednie arcydziełko natychmiast blakło. Było słabe w porównaniu z najnowszym, prawdziwym arcydziełem... Najlepszym miejscem dla niego był piec. I tak poszedł z dymem niejeden tuzin powieści i niejedna dziesiątka dramatów.
Co do tego, że nauczyciel zostanie pisarzem, młodzi nie mieli wątpliwości. Mówili o tym nieprzerwanie. Puszczali wodze swojej fantazji. Snuli plany różnych nowych utworów, zapominali o własnych planach. Nigdy o tym nie mówili. Nikomu z nich nigdy nie przyszło na myśl, aby wyznać swoje uczucia albo zastanowić się nad losem własnego romansu. Słowo „romans” było widocznie zbyt szablonowe, zaś słowo „miłość” zbyt banalne dla określenia tego uczucia, które powstało i zawiązało się w ich sercach.
Było to uczucie spontaniczne, naturalne. Nie mogło być inaczej. Czyż mogło przyjść do głowy bratu, aby wyznać miłość swojej siostrze? Obawiam się, że nie będziemy dalecy od prawdy, jeśli powiemy, że ludzie stojący z boku, ludzie postronni, znacznie więcej od nich wiedzieli, zdawali sobie sprawę, i co więcej — mówili o romansie tych dwojga młodych ludzi. Byli za młodzi, za naiwni i zbyt szczęśliwi. Na ich niebie nie było najmniejszej plamki. Znikąd nie spodziewali się sprzeciwu i co najważniejsze nigdy o tym nie myśleli. W ciągu trzech lat znajomości nie dopuszczali do siebie myśli o rozstaniu choćby na chwilę. A jednak dzień rozłąki nastąpił. Na razie nie na zawsze, ale na krótki okres czasu.
Na czas, kiedy bohater niniejszych wspomnień musiał stanąć do poboru.
72. Pobór do wojska
Dużo mówi się o poborze. Pożegnanie z uczennicą i list do priedwaditiela. Fantazja w drodze. List skutkuje. Zdarzenie z kaleką. Szolem wraca na wieś, ale jego marzenia nie spełniają się
Można tylko żałować, że w ciągu tych trzech lat pobytu na wsi nie było ani jednego dnia, żeby nie padło słowo „pobór”. Dla starego Łajewa pobór był czymś chorobliwym, czymś co spędzało sen z jego powiek i nie pozwalało w dzień zażyć spokoju. Pobór kosztował go bardzo drogo. Jego syn Jehoszua miał stanąć do poboru. Przeto ojciec udał się do guberni czernihowskiej i narażając się na trudy i wyrzeczenia czynił starania o uzyskanie tak zwanej kwitancji. Jest kilka zaledwie takich kwitancji nadliczbowego zaświadczenia, dzięki któremu można było uwolnić się od poboru do wojska. Kto mógł dostarczyć takie zaświadczenie, ten nie musiał odbywać służby wojskowej, bowiem od razu był zaliczony do rezerwy. Zaświadczenie kosztowało majątek. Stary Łajew nie żałował pieniędzy dla swego dziecka. Ledwo uporał się z zaświadczeniem nadliczbowego, a już wpadł w nowe kłopoty. Wybuchła wojna rosyjsko-turecka.
Zaczęły krążyć pogłoski, że wcielą do wojska również tych z zaświadczeniem. Skoro tak się rzeczy mają, trzeba postarać się zawczasu o biały bilet. To znaczy, że należy rezerwistę postawić przed lekarską komisją poborową i ustalić jego przydatność do stałej służby wojskowej. I okazało się, że widocznie do służby wojskowej nie nadaje się, bo dali mu biały bilet. Dzięki Bogu, wybrakowali go. I nie tylko, że go wybrakowali, ale musiał ze względów zdrowotnych pojechać na kurację do ciepłych krajów. Pojechał więc do Mentony i Nicei na południu Francji leczyć chore serce. Z powodu tej choroby w kilka lat później umarł. Tymczasem jednak sprawa była w toku. Wybrano się do Kaniowa, nawiązano kontakt z isprawnikiem, przewodniczącym komisji poborowej, z lekarzami. Urzędnicy zasiadający w komisji zaciągali na razie „pożyczki”. Również różni Żydzi „doradzający” i „przyjaciele” nieźle się obłowili. Kto tylko miał Boga w sercu, ten pompował forsę. Słowem, dom żył jednym hasłem: „pobór”.