I nastał czas, gdy bohater niniejszej biografii miał stanąć do poboru. Stary Łajew okazywał zdenerwowanie. Było nie było postarał się o to, aby zawczasu przemeldować nauczyciela z Perejasławia do Kaniowa i tam go wciągnąć na listę poborowych. W Kaniowie stary Łajew miał pewne możliwości. Własny ojciec nie przejąłby się bardziej losem syna niż stary Łajew losem Szolema. Co więcej, sam Szolem nie przejął się tak poborem jak rodzina Łajewów. Dla młodego Szolema wyjazd do Kaniowa i stawienie się przed komisją poborową było swego rodzaju świętem. Obstalował sobie parę długich butów z cholewami, żołnierski baszłyk245 i był gotów odbyć służbę wojskową. Uważał, że w wojsku wyróżni się, zdobędzie uznanie przełożonych i dosłuży się w krótkim czasie stopnia podoficera albo nawet feldfebla. Wyższego stopnia Żyd przecież nie mógł osiągnąć. Gdy jednak nadszedł termin wyjazdu, cała jego odwaga i dobry nastrój rozpłynęły się bez śladu. Wstyd przyznać się, ale gdy trzeba było pożegnać się z rodziną Łajewów, a mogło to być pożegnanie na zawsze, coś ścisnęło Szolema za serce. Zamknął się w swoim pokoju, wtulił twarz w poduszkę i zapłakał rzewnymi łzami.
Nie był jednak jedynym, który gorzko płakał w tym domu. W tym samym czasie jego uczennica dała również upust łzom. Oczy jej tak spuchły od płaczu, że nie mogła pokazać się przy stole. Wymawiając się bólem głowy, nie wyszła tego dnia ze swego pokoju. Nie chciała nikogo widzieć.
W domu panował smutek jak w rocznicę zburzenia Świątyni. Ciężko i beznadziejnie. Szolem siedział już na wozie, Andriej zamachnął już batem. Ostatnie spojrzenie na dom. W oknie Szolem dojrzał zapłakane oczy swojej uczennicy. Wyczytał z nich pożegnanie: „Szczęśliwej drogi, kochany! Wracaj jak najprędzej. Nie mogę bez ciebie żyć”.
Te niewypowiedziane słowa usłyszał w swojej duszy. W jego spojrzeniu zawarta była również wyraźna odpowiedź: „Bądź zdrowa, kochana. Wrócę do ciebie, gdyż bez ciebie żyć nie potrafię!”. W tej chwili dopiero odczuł z całą mocą, jak bardzo jest przywiązany do tego domu. Zrozumiał też, że nie ma na świecie takiej siły, która potrafiłaby go od tego domu oderwać. Tylko śmierć. I znowu, jak zawsze w chwilach osobliwych, porywa go wyobraźnia. Zaczyna śnić o tym, co będzie, gdy wróci. Najpierw pokaże się swojej ukochanej. Potem stanie przed obliczem jej ojca i matki i hebrajskimi słowami zwróci się do starego: — Ahawti — pokochałem i kocham waszą córkę. Możecie ze mną zrobić, co chcecie! — Wtedy stary obejmie go i powie: — Dobrze, że mi powiedziałeś. Od dawna zwróciłem na to uwagę. — Potem zaczną się przygotowania do wesela. Sprowadzą krawców z Bogusławia i z Taraszczy. Uszyją stroje dla nowożeńców. W domu pieką ciasta i smażą konfitury. Po rodziców i krewnych pana młodego wysyłają karetę zarezerwowaną tylko na wielkie uroczystości. Przyjeżdżają: ojciec, stryj Pinie i pozostali członkowie rodziny. I nie wiadomo skąd zjawia się Szmulik. Ów Szmulik, dawny kolega i przyjaciel, wychowanek rabina, Szmulik sierota, który zna tyle cudownych bajek. Wymienia pocałunki z panem młodym i powiada: — A co, Szolemie, nie mówiłem, że skarb należy do ciebie?
I nie opuszczają go słodkie, młodzieńcze marzenia, aż do wrót Kaniowa. Zatrzymują się u krewniaka Łajewa. Jest to garbaty Żyd, bardzo bogaty. Ma winiarnię, z której korzystają tylko bogaci dziedzice. Nazywa się Baruch Perczyk. Zajmuje się sprawami poboru. Szolem przekazuje więc przewodniczącemu komisji poborowej list. W liście stary Łajew pisze, że do komisji poborowej ma stanąć nauczyciel z jego domu, żywi więc nadzieję, że nie później niż od dziś za tydzień odeślą go jako zwolnionego ze służby wojskowej. Pan przewodniczący przeczytał list i wypowiedział jedno słowo: — Charaszo246! — To wystarczyło, aby młodzieniec był spokojny o swój los. Stanął przed komisją i wyciągnął los z numerem 285. Nie można powiedzieć, aby to był wysoki numer, ale pobór kończył się na numerze 284. I Szolem był wolny. A dzięki niemu zwolnionych zostało jeszcze kilku Żydów z wyższymi numerami. Pożegnał więc Kaniów z wielką radością.
Z okazji poboru przybył również z Perejasławia ojciec poborowego i, jeśli się nie mylę, stryj Pinie. Ten miał w Kaniowie powinowatego. Słowem, radość była podwójna. Baruch Perczyk zarobił nieźle na wypitym przez gości winie, a niedoszły żołnierz wysłał do Zofiówki depeszę tej treści: „Mazł tow! Do mnie nie doszło. Jestem wolny. Jutro wracam!”. Minęło jednak kilka dni, nim nasz bohater mógł wyjechać z Kaniowa. Czyż bowiem może być tak, aby żydowska radość nie została zakłócona? Znalazł się jeden taki Wyszyński, czy jak go tam, Wiśniewski, Żyd krzykacz, o głosie przypominającym grzechotkę, który miał kalekiego syna. Był pewien w stu procentach, że komisja go zwolni ze służby wojskowej. Okazało się, że jednak wcielono go do wojska. Ojcu fakt ten dopiekł do żywego. Podniósł larum. Puścił w ruch swój głos grzechotki. Jak to, mój syn będzie służył? Kaleka? Zamiast tych arystokratów, którzy zapłacili grubą forsę? Proszą go, aby tak głośno nie krzyczał. Wtedy on powiada: — A czyż ja krzyczę? Mówię i zdaje mi się, że mówię całkiem cicho. — I zaczyna krzyczeć jeszcze głośniej. Doskonale wie, dlaczego przewodniczący wcielił do wojska kalekę. To „dlaczego” przekazuje w wielkiej tajemnicy, ale głosem tak donośnym, że całe miasto już wie. Zna już wszystkie szczegóły. Nawet treść listu, który stary Łajew przesłał przewodniczącemu komisji. Dla Żydów nie ma tajemnicy. I krzykacz dał do zrozumienia, że nie będzie milczał. Odda, powiada, pod sąd przewodniczącego, lekarzy i całą komisję. Wtedy odwołują Żyda na bok i obiecują, że złożą się na niego. Zbiorą forsę i wyciągną jego syna z pułku. On jednak nie chce słyszeć o obiecankach-cacankach. — Między obietnicą — powiada — a mennicą leży głęboka przepaść. Chcę — powiada — mieć w ręku monetę. — I zaczyna już wtedy po rosyjsku: — Chaczu widiet dieńgi247. — I nie było sposobu. Ludzie zebrali się na naradę. Po tej naradzie zwołano następną i po niej jeszcze jedną. Zwolnieni poborowi złożyli się po pięćdziesiąt i po sto rubli. Zebraną sumę rozdzielili między tych, których wcielono do wojska. Największa dola przypadła — rzecz jasna — Żydowi-krzykaczowi. Utrzymywał, że jemu należy się więcej od nich, ponieważ jego syn jest najbardziej kaleki. Zdrowy rozsądek wskazywał raczej na coś przeciwnego. Jeśli jest bardziej kaleki od innych, to łatwiej będzie go wyciągnąć. Ale co zrobić z Żydem krzykaczem? Przekonał się bowiem, że mu ustępują niczym jedynakowi, więc zaczął coraz bardziej podnosić głos. Targował się jak prawdziwa przekupka... Szczęście, że Baruch Perczyk otrzymał od starego Łajewa carte blanche248, aby młodemu poborowemu dał tyle forsy, ile będzie potrzeba. Kto wtedy liczył się z forsą? Wolność, to był jedyny, jaśniejący jak gwiazda, cel. Szolem całkowicie wolny poczuł się dopiero wtedy, gdy siedział w powozie specjalnie po niego wysłanym i gdy Andriej przekazał mu pozdrowienia z domu oraz zapewnienie, że wszyscy mają się, dzięki Bogu, dobrze, że wszystko w porządku. — W najlepszym porządeczku — powiada na zakończenie Andriej i przełącza się na rozmowę z końmi. A koniki rozumieją go doskonale i pędzą wprost jakby w powietrzu. Jest ciepły, łagodny dzień jesienny. Słońce nie pali, nie piecze, tylko głaszcze i muska. I oczy same się przymykają. I snują się po głowie marzenia. Marzenia delikatne jak jedwab. Rosną zamki na lodzie. Złote zamki. Wnet Szolem znajdzie się w domu. Gdy wejdzie w jego progi, natychmiast odkryje staremu Łajewowi karty: — Chcę, aby pan wiedział, że kocham pańską córkę i że ona również mnie kocha. — Wkrótce, za pół godziny, za kwadrans, będzie w domu. Oto już Baranie Pole, oto już las, już łąka. Już widać cmentarz, wiatraki z daleka wyglądają jak olbrzymy. — Do nas! Do nas! — machają wielkimi ramionami. Jeszcze kilka chwil i oto już dwór. Duży, biały dom z dwoma gankami. Nie, nie ma większej radości od tej, gdy do domu, do ojca i matki powraca nareszcie uwolnione dziecię. Bohater nasz miał co opowiadać. Opowiadał o tych wszystkich cudach i cudeńkach związanych z poborem. Historia równa cudownemu wyjściu Żydów z Egiptu. Najważniejszej jednak sprawy, którą miał na sercu, nie wyłożył. Kart przed starym Łajewem nie odkrył. Odłożył to do jutra, na później. A tymczasem mijał dzień za dniem, tydzień za tygodniem, aż wreszcie pękła bomba. Zupełnie postronny człowiek otworzył staremu Łajewowi oczy na romans młodych.
Tym człowiekiem była mądra Żydówka o przenikliwym spojrzeniu, krewna starego Łajewa z Berdyczowa. Nazywała się Tojba. Nazywaliśmy ją ciocią Tojbą z Berdyczowa. Gdy bliżej poznacie tę postać, przekonacie się, że to imię pasuje do niej jak ulał. O niej jednak w następnym rozdziale.
73. Ciocia Tojba z Berdyczowa
Ciocia Tojba śledzi młodą parę. Stary Łajew dowiaduje się o tajemnicy. Katastrofa. Obrażony bohater opuszcza dom. Przechwytują jego listy, a on sam błąka się ciemną nocą
W istocie rzeczy nie była wcale ciotką. Była tylko kuzynką starego Łajewa. „Ciocia” pasowało do niej jak ulał. Taka nieładna Żydówka o piegowatej twarzy, pośrodku której sterczał długi nos. Oczy miała przenikliwe. Czaiła się w nich mądrość. Spojrzeniem potrafiła przejrzeć człowieka na wskroś. W domu, jak to mówią, ona tylko nosiła spodnie. Ona prowadziła interesy. Dorobiła się sporego majątku. W domu Łajewa pojawiała się gościnnie, czasami raz na kilka lat.