Zrozumiale, że dla cioci Tojby, która przyjechała aż z Berdyczowa, życie dziedzica na wsi wydawało się dość szare i na wszystko wydziwiała. Ze starym Łajewem była na ty. W żywe oczy mówiła mu, co o czym myśli i co jej się nie podoba. Dla przykładu, życie na wsi jako takie akceptowała. Zwłaszcza powietrze. Również krowy, konie, świeże mleko, chleb z własnej pszenicy. Słowem, dary ziemi, wynik znoju rolnika. To wszystko było dobre, nawet doskonałe. Także Dodi, człowiek natury, spodobał się jej.

Nie mogła jednak pogodzić się z postępowaniem swego kuzyna, który zbytnio przypominał już posiadacza ziemskiego. Żyd ziemskim posiadaczem — to jakoś nie gra. Że jest dobrym gospodarzem, miłośnikiem ziemi — bardzo proszę. Jeśli tylko Bóg pomaga i można przy tym forsę zbić, stać się bogaczem, to czemu nie? Sama może by tak postąpiła, ale oddalić się od Żydów? Tego właśnie nie mogła pojąć. Dlaczego nie jedzie do Bogusławia na święta żydowskie? Dlaczego pokpiwa sobie z porządnego Żyda w zielonym szaliku, który zabłądził pod jego dach, prosząc go o jałmużnę? Jałmużnę wprawdzie daje, i to hojną dłonią, ale szydzi trochę z biedaka. — Już lepiej byś nie dał i nie kpił — takie to pretensje ma do swego kuzyna ciocia Tojba z Berdyczowa.

I jeszcze jedno. Cioci Tojbie spodobał się nauczyciel. Całkiem fajny chłopak. Nie ma czego tu skrywać. Uczony i w dodatku z dobrej rodziny. Więc wszystko w porządku. Gdzie jednak jest napisane, że korepetytor ma prawo tak blisko kumać się z uczennicą? Według niej za bardzo się już skumał. Skąd o tym wie? Już ciocia Tojba wie. Ciocia Tojba ma oko, ciocia Tojba zadała sobie trud, śledziła każdy ich krok i na własne oczy widziała, jak młodzi jedli z jednego talerza. Gdzie to było? U Dodiego. Ciocia Tojba z Berdyczowa już od pierwszej chwili zauważyła, że dziewczyna przepada za młodzieńcem, a on jest w niej zakochany na śmierć. To każdemu rzuca się przecież w oczy. Chyba że ktoś jest ślepy. — Wystarczy — powiada ciocia Tojba — popatrzeć na nich, gdy siedzą przy stole. Wprost obejmują się spojrzeniami, które mogą zastąpić całą rozmowę. — Jak tylko to spostrzegła, nie spuszczała już z nich oka. Ciocia Tojba odtąd podglądała młodych w czasie lekcji, podczas spaceru albo przejażdżki powozem.

Pewnego razu powiada do starego Łajewa, że zauważyła, jak oboje weszli do domu Dodiego. Od razu wydało jej się to podejrzane. Co młodzi mają do roboty w biednym domku ekonoma? No i nie leni się ciocia Tojba z Berdyczowa i zapuszcza żurawia przez okno, i cóż widzi: młoda para siedzi i zajada z jednego talerza. Co jedli, tego nie wie, ale widzieć widziała, żeby tak miała skonać. Widziała, że jedli, rozmawiali i śmiali się. Jakby więc tam nie było, kroi się małżeństwo. Nie mam nic przeciw temu, ale o tym powinni wiedzieć rodzice. A jeśli nie małżeństwo, to co? Może miłość? Może romans? Tym bardziej rodzice powinni o tym wiedzieć. Lepiej przecież wydać córkę za biednego nauczyciela, który chodzi w jednej koszuli, aniżeli czekać, aż uciekną razem pewnej ciemnej nocy do Bogusławia lub Taraszczy czy Korsunia i tam wezmą ślub...

To właśnie, jak się później okazało, ciocia Tojba miała do powiedzenia staremu Łajewowi. Powiedziała mu w wielkiej tajemnicy na pół godziny przed swoim odjazdem z Zofiówki. Słowa jej głęboko zapadły w serce starego. Gdy bowiem wyszedł na dwór, aby odprowadzić swoją krewną, widać było, że jest mocno wzburzony. Przez cały dzień z nikim nie zamienił słowa. Zamknął się w swoim pokoju i w ogóle z niego nie wychodził.

Wieczorem przyjechał jego syn Jehoszua i pozostał na noc. Coś się działo. Coś się kroiło. Ojciec i syn zamknęli się w alkowie i rozmawiali szeptem. Widocznie odbywali naradę familijną. Uczennica miała zamiar tymczasem wybrać się na spacer ze swoim nauczycielem. Powstrzymano ją od tego. Do stołu zasiedli nie jak zwykle razem, ale osobno. Każdy przyszedł o innej porze. Zjadł, natychmiast wstał i wracał do siebie. W domu działo się coś niezwykłego. Panowała jakaś niesamowita cisza. Cisza zapowiadająca burzę. Kto mógł przypuścić, że kilka wieloznacznych słów cioci Tojby z Berdyczowa potrafi narobić tyle zamieszania i przewróci dom do góry nogami. Jest wysoce prawdopodobne, że gdyby ciocia Tojba zdawała sobie wcześniej sprawę z tego, jakie skutki mogą wywołać jej słowa, to by w ogóle nie wtrąciła się.

Dopiero w jakiś czas potem przyszły wieści, że ciocia Tojba z Berdyczowa pożałowała swego uczynku i chciała wszystko wyjaśnić, ale było już za późno. Obróciła więc, jak się to mówi, dyszel i zaczęła tłumaczyć staremu Łajewowi, że właściwie nie widzi w tym wielkiego nieszczęścia. Nie ma się czym przejmować. Młodzieniec przecież nie ponosi winy za to, że jest biedny. Ubóstwo nie przynosi wstydu, a szczęście leży w rękach Boga. I jeszcze wiele w tym samym stylu wbijała mu do głowy. Nic jednak nie pomogło. Stary uporczywie twierdził, że do młodzieńca nie ma pretensji. Ale jak śmieli romansować w jego domu bez wiedzy gospodarza? Wcale nie boli go, że córka chce pojąć za męża ubogiego młodzieńca. W czym więc rzecz? Rzecz w tym, że tylko on miał prawo wybrać go na męża dla własnej córki, a nie żeby ona sama sobie wybrała, nie pytając ojca o zdanie. To go najbardziej bolało.

O tych wszystkich pretensjach i rozmowach dowiedziano się znacznie później. Tymczasem młoda parka, niczym para niewinnych owieczek, nie miała pojęcia o tym, kto ją nakrył. Instynktownie jednak przeczuwali, że coś się gotuje. Co z tego będzie, zobaczą dopiero następnego dnia.

Ranek wszystko im odkryje.

A gdy nasz bohater wstał o świcie, nikogo już nie zastał. Ani starego, ani jego żony, ani ich syna, ani też ich córki. Gdzie się mogli podziać? Wyjechali? Dokąd? Nie wiadomo... Nikt z domowników nie mógł powiedzieć dokąd. Na stole leżał przygotowany dla niego pakiet. Otworzył go z nadzieją, że znajdzie jakiś list, jakieś wyjaśnienie. Ale nic z tego. Żadnego słowa wyjaśnienia. W pakiecie były tylko pieniądze — zapłata za naukę. Na podwórzu stały przygotowane dla niego sanie (rzecz działa się w pełni zimy). W nich ciepła baranica dla okrycia nóg. Z dworskich ludzi nie wydobył ani słowa. Nawet ekonom Dodi, który gotów był zawsze do największych poświęceń dla nauczyciela i uczennicy, tym razem wzruszył ramionami i tylko westchnął. Strach przed starym był silniejszy od sympatii. Wzburzyło to jeszcze bardziej nauczyciela. Poczuł się obrażony. Nie wiedział, co począć. Próbował pisać listy. Najpierw do starego Łajewa. Potem do jego syna, maskila, i na koniec do swojej uczennicy. Pisanie mu jednak nie wychodziło. Stała się katastrofa. Nie spodziewał się takiego policzka. To była obraza. Obraza także przed ludźmi. Dlatego też bez większego oporu wsiadł do sań i dał się zawieźć na stację, by stąd odjechać. Pytanie tylko dokąd? Sam nie wiedział. Gdzie oczy poniosą. Tymczasem, nim dotarł do stacji, polecił woźnicy zatrzymać się w Baranim Polu, przy poczcie, skąd Zofiówka otrzymywała swoją korespondencję. Tam miał nasz bohater przyjaciela. Znacie go. Był nim naczelnik poczty, Malinowski.