Naczelnik poczty, pan Malinowski, był typowym łapówkarzem. Lubił, jak wiecie, zaglądać do kieliszka. Z majątku starego Łajewa otrzymywał często prezenty. To worek pszenicy, to wóz słomy, czasami na święta żywą gotówkę. Z nauczycielem i uczennicą trzymał sztamę. Słowem, był to swój chłop.
U niego to zatrzymał się nasz nauczyciel i przed nim otworzył swe serce. Planował przy tym, że pan Malinowski weźmie na siebie rolę pośrednika w przekazywaniu listów do córki Łajewa. Wysłuchawszy jego prośby, poczmistrz Malinowski wyciągnął rękę, przeżegnał się i przysiągł na wszystkie świętości, że swoją misję wypełni co do joty. A ponieważ została zawarta umowa między dwoma dobrymi przyjaciółmi, należało ją oblać. Żadne wykręty nie pomogły. Od stołu wstali dopiero po opróżnieniu całej butelki. A Malinowski, gdy sobie podpił, jął całować i ściskać nauczyciela. Jeszcze raz zaklinał się, kreślił znak krzyża i obiecał przekazać list do własnych rąk córki Łajewa. Szolem może być spokojny. Słowo Malinowskiego jest święte...
A rzecz się tak potoczyła: Pierwsze płomienne, miłosne listy naszego bohatera poczmistrz Malinowski wręczył osobiście staremu Łajewowi... Łatwo więc zrozumieć, dlaczego na te listy nie otrzymał odpowiedzi. Nie trudno też domyślić się, że tak długo pisał listy, aż przestał...
Co oznaczają te trzy kropki? Oznaczają one długą, ciemną noc. Wszystko spowite było gęstą mgłą. Samotny wędrowiec szukał swojej drogi. Co chwila potykał się o kamienie albo wpadał w dół... Pada, wstaje i podąża dalej. I znów potyka się o następny kamień, wpada w kolejny dół. Nie widząc światła przed sobą, popełnia błędy, głupstwa i omyłki. Jeden błąd większy od drugiego... Ciężko trafić na właściwą drogę, mając zawiązane oczy. W tej sytuacji nieuniknione jest błądzenie. Długo błądził, aż znalazł właściwą drogę. Aż odnalazł samego siebie.
74. Pierwszy wyjazd
Kijów. Wielkie gwiazdy haskali. Obława w domu zajezdnym. Hebrajski poeta Jehalel. Autor książki „Zapiski Jewreja” i preferansik. Szolem dociera do poety i doznaje chłodnego przyjęcia
Dokąd jedzie bezdomny młodzieniaszek, który chce coś osiągnąć? Do wielkiego miasta. Duże miasto to miejsce, do którego podąża każdy człowiek poszukujący jakiegoś zajęcia, posady, stanowiska. Dokąd uda się młody człowiek, gdy stracił posadę albo zniechęcił się do swojej żony? Gdy pokłócił się z teściami, z własnymi rodzicami albo rozszedł się ze wspólnikiem? Do wielkiego miasta. Ktoś usłyszawszy, że na giełdzie robi się ze śniegu gomółki i z tego są kokosy, co czyni? Jedzie do wielkiego miasta. Duże miasto ma w sobie siłę magnetyczną, która przyciąga i już nie puszcza. Miasto wciąga jak bagno. Spodziewacie się tam znaleźć to, czego szukacie?
Owym wielkim miastem dla naszego bohatera był przesławny, święty Kijów. Właśnie tam się udał. Czego właściwie pragnął? Do czego dążył? Tego nie da się określić, ponieważ sam jeszcze w głębi swojej duszy nie znał właściwej odpowiedzi. Ciągnęło go do wielkiego miasta, tak jak dziecko ciągnie do blasku księżyca.
W wielkim mieście są wielcy ludzie. Są jak gwiazdy, które opromieniają naszą ziemię jasnym blaskiem niezmierzonych przestworzy niebiańskich. Są nimi słynni maskile, sławni pisarze i z łaski Bożej poeci, których nazwiska tak pięknie brzmiały w uszach tych — no, jak ich mam nazwać? Powiedzmy: „młodych pędów haskali”. Te młode pędy haskali to uczciwi młodzieńcy, niewinne chłopaki. Była to pierwsza wyprawa naszego bohatera w szeroki świat. Pierwszy wjazd do wielkiego miasta. Stanął w domu zajezdnym o nazwie „Stancja reb Altera Kaniewera”. Zajazd mieścił się w niżej położonej dzielnicy miasta, zwanej Padoł. W tej dzielnicy wolno było przebywać Żydom. Powiadam, że wolno, ale muszę natychmiast coś dodać, żebyście nie pomyśleli, broń Boże, że wszystkim Żydom. Co to, to nie. Tam mogą mieszkać Żydzi mający tak zwane prawo żitielstwa, na przykład rzemieślnicy, subiekci sklepów pierwszej gildii, żołnierze mikołajewscy oraz tacy, którzy mają dzieci w gimnazjach. Pozostali Żydzi trafiają tam jakby przypadkiem na krótki termin. Są w ciągłym strachu. Przebywają z łaski dozorcy domu, pana administratora, pana prystawa. I to też do czasu. Do obławy, czyli nalotu na żydowskie domy zajezdne, dokonywanego zazwyczaj w nocy przez żandarmów i żołnierzy. W ich języku nazywa się to rewizja. Gdy wyłapują „kontrabandę”, czyli Żydów bez prawa żitielstwa, pakuje się ich jak zwierzęta do komisariatów policji, po czym wyprowadza z wielką pompą z miasta. To znaczy, wysyłają ich etapem razem ze wszystkimi złodziejami do miejscowości, gdzie są zameldowani na stałe. To jednak nikogo nie powstrzymuje od przyjazdu do Kijowa. Jak powiada przysłowie rosyjskie: „Kto się boi wilka, nie powinien chodzić do lasu”. Mają wprawdzie ludzie pietra przed obławą, ale walą do Kijowa. O to, aby obława albo rewizja przeszła gładko, martwi się już właściciel zajazdu. Dba, by nie nakryto go, broń Boże, na przechowywaniu „kontrabandy”, na udzielaniu gościny Żydom nie mającym prawa zamieszkania w Kijowie. Jak to robi? Bardzo prosto. Właściciel zajazdu wie, gdzie i kogo ma posmarować. Z góry więc już zna datę rewizji i ma na to radę: „trefny towar” zostaje upchany. W piwnicy, na strychu, w szafie na ubrania, w jakiejś skrzyni albo w takim miejscu, gdzie nikomu nie przyjdzie na myśl szukać. Najzabawniejsze, że ludzie, którzy ukrywali się w tych zakamarkach, po ich opuszczeniu od razu pokpiwali sobie z całej tej afery. Mieli prawdziwy ubaw i cieszyli się jak dzieci podczas zabawy w chowanego. W najgorszym wypadku tylko lekko wzdychali mówiąc: — Nic strasznego. Przeżyliśmy już gorsze czasy i gorszych Hamanów.
Autor niniejszych wspomnień miał zaszczyt i przyjemność przy pierwszym swoim przyjeździe do świętego miasta Kijowa leżeć oraz przeżywać emocje wespół z kilkoma innymi Żydami na strychu u właściciela stancji reb Altera Kaniewera. Działo się to pewnej ciemnej nocy zimowej. A ponieważ obława była nagła i zaskoczyła wszystkich, więc mężczyźni, za przeproszeniem, nie zdążyli założyć spodni, a kobiety dessous249. Szczęście, że tym razem rewizja trwała krótko. Inaczej zamarzliby na śmierć w słomie na strychu. Radość za to była ogromna, gdy reb Alter Kaniewer, właściciel zajazdu, postawny Żyd z białą brodą, odwołał alarm jakimiś dziwnymi, rymowanymi zwrotami: — Żydzi-gnomy! Wyłaźcie ze słomy! Po czartach ni widu, ni słychu! Zejdźcie ze strychu!