— Historia, którą chcę opowiedzieć, dotyczy, za przeproszeniem, popa. Pewien młody pop, dopiero co wyświęcony, poszedł do metropolity prosić go o błogosławieństwo i o radę, o czym ma mówić w swoim pierwszym kazaniu cerkiewnym z okazji święta. Metropolita pobłogosławił go i poradził opowiedzieć o cudach dokonanych przez świętych. Niech, radził mu, opowie dla przykładu o czterech świętych, którzy przez trzy dni i trzy noce błądzili po lesie i o mało nie umarli z głodu. I Bóg uczynił cud. Znaleźli bochenek chleba. Zasiedli do wieczerzy. Jedli, jedli, jedli i jeszcze pozostało im dużo chleba na jutro... Gdy nadeszło święto, młody pop opowiedział zebranym w cerkwi wiernym historię z cudem. Powtórzył ją tylko nieco inaczej. Według niego pewien człowiek przez trzy dni i trzy noce błądził w lesie. O mało nie umarł z głodu. I Bóg sprawił cud. Głodny człowiek znalazł czterdzieści bochenków chleba. Zasiadł do jedzenia. Jadł, jadł, jadł i zostało mu jeszcze dużo na jutro. Gdy metropolita robił mu potem wymówki z powodu błędu, którego pop w żadnym wypadku nie może popełnić, ten odpowiedział: „Dla tych gojów to też jest cud...”
Stary Kahane pękał ze śmiechu. Setnie się ubawił tą historią. Widać było, że młody rabin sprawił mu przyjemność, że jest mu bliski. Niedługo to jednak trwało. Jak wkrótce się dowiemy, radość ta została zmącona. Tymczasem wybierzmy się z rabinem do jego miasta rodzinnego, do Perejasławia.
Nasz bohater wyobrażał sobie, że miasto będzie żyło jego wyborem na rabina, że będzie wrzało i kipiało. Taki sukces w tak młodym wieku to przecież nie błahostka. Tymczasem nic z tego. Cieszyła się tylko rodzina, i to niezupełnie. Radość i święto będą wtedy, gdy wybory zatwierdzi gubernator. Na razie wszystko wisi w powietrzu. Tymczasem trzeba pojechać do guberni, do Połtawy, aby starać się, zabiegać i smarować. Już to samo wystarczyło, aby nastrój pogorszył się. I jakby tego wszystkiego było mało, musiał się nasz bohater spotkać jeszcze z Chajtem Rudermanem, młodszym bratem lubeńskiego rabina.
Chajte stawia kroki szeroko. Ręce ma założone z tyłu. Żółtą kamizelkę zarzucił na plecy. Nasz bohater w poczuciu swojej całkowitej niewinności wyciąga ku niemu rękę. Chajte nie przyjmuje jej. Mija go bokiem i odchodzi, jakby go nigdy nie znał. „Brat za brata” — myśli sobie obrażony Szolem i rozgrzesza go. Sam biegnie szybko do innego swego kolegi, do Abrama Zołotuszkina, i otwiera przed nim swoje zbolałe serce. Kończy się na tym, że Zołotuszkin, chociaż jest z Chajtem Rudermanem na noże, oświadcza Szolemowi w żywe oczy, że uczciwy człowiek nie powinien podawać mu ręki. Po pierwsze dlatego, że jest rabinem, zaś rabin jest dwulicowcem, hipokrytą, lizusem bogaczy i czynownikiem260 u władzy. Po drugie, porządny i uczciwy człowiek nie zabiera drugiemu parnose261. Tylko pies potrafi wyrwać kość drugiemu psu. Krótko i węzłowato, nasz bohater czuje, że w tych ostrych słowach kryje się nieco prawdy. Przed oczyma staje mu dzień wyborów. Spotkał właśnie tego dnia lubeńskiego eks-rabina, Szymona Rudermana. Na widok Szolema były rabin zbladł. W oczach strach i pytanie: „Co masz do mnie?”. Tak wygląda pies, który został pogryziony i przepędzony przez inne psy. Szolemowi ścisnęło się serce. W pewnym momencie gotów był rzucić się na szyję Rudermanowi i prosić go o przebaczenie. Gotów był zrzec się na jego korzyść miasta wraz z jego nobliwymi gospodarzami. Chciał odstąpić mu stanowisko rabina. Byłoby to po ludzku. Może za bardzo po ludzku. Trwało to jednak tylko chwilkę. Wnet górę wziął egoista, odezwało się własne „ja” i to „ja” zwyciężyło.
Można sobie wyobrazić, w jakim stanie opuścił nasz bohater dom Zołotuszkina. Co mogło być gorszego od świadomości, że Zołotuszkin miał rację? U Czechowa można znaleźć właściwe określenie takiego stanu duchowego: „Czuł się jak człowiek, który zjadł mydło”. Jednego tylko Szolem nie mógł zrozumieć: Dlaczego właśnie rabin ma być hipokrytą, lizusem bogaczy i czynownikiem u władzy? I daje sobie natychmiast słowo, że on taki nie będzie. Będzie zupełnie inny niż pozostali rabini. Człowiek jest tym, kim pragnie być...
Uwagi pośmiertne
Rozdział Wybory przerywa w połowie cudowną autobiografię Szolema Alejchema. Na napisanie tej książki poświęcił ostatnie lata życia. Uważał ją za swoją Pieśń nad Pieśniami. Prawdopodobnie rozdział Wybory napisany został w ostatnich dniach jego życia.
Przeglądając nie opublikowane utwory i materiały, które pozostały po Szolemie Alejchemie, jego rodzina nie znalazła niczego, co by miało jakiś związek z książką Z jarmarku. Prawda, natknęła się na krótki życiorys napisany przed laty przez pisarza w formie listu do przyjaciela. Poza tym wśród tych materiałów była też krótka przedmowa do niniejszej książki, w której autor opowiada, jak dojrzewał w nim zamiar napisania własnej biografii.
W czasie porządkowania spuścizny po Szolemie Alejchemie odnaleziono opracowane materiały biograficzne oraz notatki, które miały być tworzywem w rękach mistrza, cegłami budowniczego wspaniałego gmachu w postaci wielkiej i ogromnej książki, obliczonej na dziesięć może tomów, obejmujących nie tylko żywot pisarza, ale też całą żydowską epokę w Europie i w Ameryce.
Literaturze żydowskiej widać nie sądzone było to szczęście. Zaplanowany z rozmachem gmach doprowadzony został tylko do trzeciego, jak byśmy powiedzieli, piętra i w stanie nie ukończonym, bez dachu, będzie tak stał przy naszej biednej ulicy. Jego budowniczy został odwołany, nim ukończył dzieło.