— A tymczasem bądź łaskaw ukołysać dziecko. Potem pomożesz mi przy tłoczeniu rodzynek. — To, rzecz jasna, mówi macocha. Aby czytelnikowi łatwiej było pojąć, co to za rodzynki, które trzeba tłoczyć, należy wyjaśnić, że z zajazdu nie sposób było wyżyć. Otworzył przeto Nachum Rabinowicz winiarnię w piwnicy. Nad piwnicą zawiesił szyld tej treści: Prodaża raznych win jużnawo bierega. Osobiście zajmował się wyrabianiem wina z tłoczonych rodzynek. Nadawał mu różne nazwy. Utkwiły mi w pamięci tylko niektóre: wimorozig, jerez, madera i jeszcze jeden gatunek czerwonego wina o nazwie cerkowny koszer łefesach. Za tym winem dzieci przepadały najbardziej. Było to bowiem wino jednocześnie słodkie i cierpkie. Jego słodycz pochodziła z pewnego gatunku syropu, do którego dodawano trochę cierpkiego smaku z rodzynkowych pestek. Skąd się wziął jego czerwony kolor? To już było tajemnicą ojca. Za każdym razem, kiedy posyłano dzieci do piwnicy po kwartę wina, dobierały się one do czerwonego cerkownego i żłopały, ile się tylko dało. Mimo takich strat zarobek z wina był nielichy. Większy aniżeli z innych interesów.

51. Pensja

Ojciec stoi murem po stronie ucznia. Bohater uzyskuje stypendium. Szum w mieście. Sny o skarbie zaczynają się spełniać

Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Wstąpienie do ujezdnoj okazało się sprawą wcale skomplikowaną. Poszło niezupełnie gładko. Pierwszą przeszkodą na drodze do szkoły okazał się stryj Pinie. Poruszył niebo i ziemię. — Jak można — dowodził — mieć dzieci i własnymi rękami robić z nich gojów? — perorował, przeżywał i nie przestawał protestować, póki nie uzyskał od swego brata słowa honoru, że Nachum przynajmniej w sobotę nie pozwoli dzieciom pisać. Ten warunek ojciec Szolema wymógł już na dyrektorze ujezdnoj wcześniej. Ustalił z nim, że jego dzieci będą miały w sobotę wolny dzień. I jeszcze jedno wymógł Nachum na dyrektorze (był to czas, gdy Żydzi mogli dyktować warunki...): jego dzieci nie będą w klasie podczas godziny lekcyjnej popa. Stanęło, jak sobie Nachum życzył.

Drugą przeszkodą dla dzieci był język. Wstępując do szkoły mało rozumiały po rosyjsku. Wszyscy śmiali się i pokpiwali z nich. Zarówno nauczyciele, jak i koledzy. Szolem miał wrażenie, że nawet ławki szkolne z nich się śmieją. Napawało go to gniewem. Sam był przyzwyczajony do wyśmiewania całego świata, a tu raptem śmieją się z niego! A koledzy, szejgece, nie stali z założonymi rękami. Ledwo lekcja dobiegła końca i dzieci żydowskie, te tak zwane żydziątka, pojawiły się na podwórzu szkolnym, a już powalili je na ziemię. Bez cienia złości, przeciwnie, z dużym poczuciem humoru, przytrzymując dzieci za ręce i nogi, wysmarowali żydowskie gęby gojską wieprzowiną. Z ciężkim sercem wracały dzieci do domu, ale słowa nie powiedziały rodzicom. Bały się, że mogą być wypisane ze szkoły. I bez tego macocha wściekała się i kopała dołki pod tymi, jak je zwała, klaśnikami, czyli uczniami ujezdnoj szkoły. A ponieważ Szolem był pilniejszy od innych, więc poddawała go tym większym szykanom. Tymczasem wydarzyła się przygoda, która macosze podcięła skrzydła. Odtąd stała się cicha i spokojna. A rzecz wyglądała tak: Pewnego pięknego poranka Szolem chodził po pokoju i wkuwał na głos urok193. Powtarzał z pamięci zadaną lekcję. Ojciec w tym samym czasie modlił się. Miał na sobie tałes i tefilin. Macocha zaś, jak zwykle, pastwiła się nad ojcem. Wypominała mu pewien stary grzech, który kiedyś popełnił. Chodziło o to, że przed ślubem nie powiedział jej o wszystkich swoich dzieciach: o tych starszych i tych najmłodszych. Narzekała przy tym na zbyt duży apetyt jego dzieci. A jakie to mają zdrowe żołądki! Nie zapomniała też odpowiednio wyrazić się o całej jego rodzince. Ojciec pozostawał na to głuchy. Stał twarzą do ściany i modlił się. Jakby nie o niego chodziło. Ale oto macocha wzięła na jęzor Szolema za to, że wciąż chodzi i kuje.

Pewnie ten szkolny gagatek myśli sobie, że Bóg wie z jakiego rodu pochodzi. Uważa się za wielkiego pana, wolnego od wszelkich obowiązków. Z wyjątkiem oczywiście żarcia. Myślałby kto, że mam tu pod ręką liczną służbę, że mam do dyspozycji służących i służące. Nic nie szkodzi. Nie będzie poniżej twojej godności, ty gagatku uczniowski w wykrzywionych butach, jeśli pofatygujesz się i zaniesiesz gościowi samowar. Nie spadnie ci z tego powodu, broń Boże, korona z głowy. Apetytowi twemu też to nie zaszkodzi. Nie przeszkodzi ci również w przyszłej żeniaczce.

Szolem był już gotów zrezygnować z powtarzania lekcji. Właśnie zamierzał pójść do kuchni po samowar, a tu jak ojciec nie skoczy, jak nie złapie go za rękę i gwałtownie nie krzyknie po hebrajsku (nie chciał zapewne przerywać modlitwy).

— Nie! Nie! W żaden sposób. Nie trzeba! Nie życzę sobie! Nie chcę!

Ostatnie słowa powiedział już po żydowsku. Natarł na macochę. Może po raz pierwszy od chwili, gdy została jego żoną. Pod żadnym pozorem nie wolno jej pomiatać Szolemem! Może rozkazywać wszystkim dzieciom, ale nie Szolemowi. Szolem to co innego. Szolem ma się uczyć!

— Raz na zawsze! Tak sobie życzę! Tak to jest i tak będzie!