— Pożarnaja komanda195. Chodź, będziemy pomagali w gaszeniu. — Obaj chłopcy biorą się za ręce i biegiem ruszają przez plac targowy, aby przywitać strażaków. W biegu Szolem dowiaduje się, że Eli jest synem pisarza Dodiego. Eli zaś usłyszał, że jego towarzysz nazywa się Szolem i jest synem Nachuma Rabinowicza.
Następne ich spotkanie odbyło się nieco później. Tym razem w dzień. Też na ulicy. Też na darmowym spektaklu. Jakiś czarny facet o białych zębach pokazuje małpę i wszyscy chłopcy z miasta biegają za nim. Jeden z dziwów rzadko trafiających się w takim mieście jak Perejasław. To znów pokazują niedźwiedzia o wypalonych oczach, który tańczy na zawieszonym drągu. Wyprawia brewerie Wańka-klaun w czerwonych spodniach. Jakiś Cygan oprowadza swoją małpę. Twarze Cygana i małpy są identyczne. Jakby jedna i ta sama matka ich urodziła. Oboje mają tak samo pomarszczone, owłosione oblicze. Te same wyłysiałe czaszki. Te same smutne oczy. Razem wyciągają swoje brudne, cienkie, owłosione ręce po datki. I jakiś dziwny jest głos Cygana, i cudaczna jego mowa. Kiwa głową i takie robi przy tym grymasy, że nikt nie może powstrzymać się od śmiechu. — Daj barin! Charosz abiezjan! Amerykański! — Bractwo wybucha śmiechem.
Te dwa spotkania wystarczyły aż nadto, aby ci dwaj chłopcy, dwa urwisy, Szolem, syn Nachuma, i Eli, syn pisarza Dodiego, zostali przyjaciółmi. W dodatku Bóg tak pokierował, że obaj spotkali się w jednej szkole, w tej samej klasie. Ławka przy ławce. Akurat w chwili, gdy nauczyciel prowadził swoją pierwszą lekcję. I oto spostrzega Szolem, że jego nowy kolega Eli wyciąga rękę, kiwa głową, naśladuje miny Cygana: — Daj barin! Charosz abiezjan! Amerykański! — I spróbuj tu powstrzymać się od śmiechu. Rzecz jasna, nie uchodzi im to na sucho. Za karę zostają w szkole bez obiadu, ale zawarta przyjaźń zostaje scementowana na wieki. Od tej chwili stanowią nierozdzielną parę. Jedno serce, jedna dusza. Jedna głowa. Tam gdzie jeden, tam drugi. Uczą się razem i uczą się dobrze. Dali sobie słowo, że prześcigną w nauce wszystkich gojów. Będą prymusami. Byli również pierwsi wśród urwisów. To, na co oni sobie pozwalali, przekraczało odwagę pozostałych chłopców. Toć to nie żarty! Najlepsze chłopaki w mieście. Stypendyści. I do tego ich znajomość gramatyki rosyjskiej. Jakie słowo nie padnie, a oni zaraz ze swoją gramatyką: stół, dla przykładu, to po rosyjsku stoł. A stoł to odmienia się: stoł, stoła, stołu, stoł, stołem, o stolie. Nóż to noż. Więc: noż, noża, nożu, noż, nożom, o nożu. Cóż dopiero geografia! Kto lepiej od nich wie, dlaczego Ziemia jest okrągła? Co wokół czego się obraca? Ziemia wokół Słońca, czy Słońce wokół Ziemi? Skąd się bierze wiatr? I co jest najpierw, grzmot czy błyskawica? Skąd się bierze deszcz?
Ze wszystkich przedmiotów szkolnych najbardziej podoba się ojcu Szolema geografia. Bowiem geografia kształci. Oświeca. Rachunki to też dobra rzecz. Matematyka wyostrza umysł i nic ponadto. Oto dla przykładu Jose Fruchsztejn. Prosty Żyd. Do szkół nie chodził, a mimo to rozwiąże każde najtrudniejsze zadanie. I to w głowie, bez papieru, bez ołówka i bez pomocniczych instrumentów. Albo weźcie dla przykładu właściciela kolektury. Gdzie studiował? Gdzieś tam w jeszywie196. Czy sądzicie, że nie zna algebry? O Lejzorze już nawet nie wspomnę. Tym bardziej o Arnoldzie z Pidworków. Ten może w każdej chwili stanąć do egzaminu państwowego. Nie! Mówcie sobie co chcecie, ale geografia to jednak nie matematyka. Geografii trzeba się uczyć. Geografię trzeba znać. A Szolem zna geografię. Jego ojciec lubi z nim pogadać o geografii. I nie posiada się ze szczęścia i satysfakcji, gdy to odbywa się w obecności osoby postronnej. Zamienia się to w istną komedię, kiedy stryj Pinie jest w pobliżu. Stryj Pinie głaszcze się wtedy po brodzie, uśmiecha się i podkpiwa z młodego filozofa, gdy ten zaczyna się zbytnio rozwodzić nad tą swoją geografią. Smarkacz ma czelność powiedzieć dorosłemu Żydowi, własnemu stryjowi, że Ziemia obraca się wokół Słońca, a nie odwrotnie. A przecież w Piśmie stoi jak byk: „Słońce w Gibeonie, stań!”. Powstaje jeszcze pytanie: — Powiadasz, że wpierw jest grzmot i dopiero potem błyskawica. To dlaczego przedtem widzimy błyskawicę, a dopiero potem słychać grzmot? Stryj Pinie pyta z ciekawości i pęka ze śmiechu. Powiadasz, że Ziemia to kula jak jabłko. A jak mi to udowodnisz? Szolem na to odpowiada:
— Jeśli zechcesz, stryju, pofatygować się, to wstań, za przeproszeniem, raniutko i spójrz na wierzchołek monastyru197, gdy słońce zaczyna wschodzić. Zobaczysz wtedy, że wierzchołek klasztoru jest najwcześniej oświetlony.
— Zapewne, nic innego nie mam do roboty tylko wstawać o świcie i gapić się na czubek klasztoru. I to wszystko przez wzgląd na twoją geografię. Cha! cha! cha!
Nie! Stryj Pinie nie jest zadowolony ani z geografii, ani z klas szkolnych, ani z tego, że syn jego brata Nachuma koleguje z chłopakiem pisarza. Ten może go sprowadzić na Bóg wie jakie złe drogi. Doszły do niego słuchy, że obydwaj chłopcy chodzą w soboty na spacery na Pidworki. Noszą w sobotę chusteczki i jak rozmawiają ze sobą, to nie po żydowsku, ale po rosyjsku.
Co tu gadać! Wszystko to, niestety, prawda! Święta prawda. Co gorsza, chodzą na Pidworki w każdą sobotę, ale nie po to, aby spacerować. Noszą w sobotę nie tylko chustki, ale też drobne pieniądze przeznaczone na kupno gruszek. A co do rozmów, to rozmawiają o takich rzeczach, że strach pomyśleć. Gdyby tylko stryj Pinie wiedział, o czym rozmawiają i jak rozmawiają. Gdyby stryj Pinie wiedział, że ci dwaj młodzieńcy pływają łódką i zapuszczają się het, daleko, na drugą stronę rzeki. Tam kładą się na zieloną trawkę, czytają rosyjskie książki i śpiewają piosenki gojów. Śnią na jawie. Budują wspólnie zamki na lodzie. Wyobrażają sobie, co to będzie, gdy pewnego dnia ukończą szkołę. Dokąd się udadzą? Co będą studiować? Co z nimi się stanie? Atmosfera tej sielanki była zupełnie gojska. Ich słodkie marzenia nie miały treści żydowskiej. Bowiem Eli wyrastał w rodzinie dalekiej od żydostwa. Mimo to nie omijały go — jedno nie ma nic wspólnego z drugim — siarczyste policzki otrzymywane od ojca za opuszczanie modlitwy. Pod tym względem nie było różnicy między jego ojcem a innymi ojcami rodzin żydowskich. Boję się, że wszyscy ojcowie pod tym względem są do siebie podobni. Jeszcze dziś możecie spotkać wielu ojców, którzy sami popełniają czyny zakazane, ale ze wszystkich sił dążą do tego, aby ich dzieci były porządne, pobożne i uczciwsze od nich.
Wymigiwać się od modlitwy to stary wybieg chłopaków. Jeszcze z czasów chederu. Przeskakiwać i omijać całe wersety było u nich na porządku dziennym. Od chwili wstąpienia do szkoły zaczęli uchylać się od modlitwy. Ojciec doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale udawał, że nic nie wie. Znaleźli się jednak tacy, którzy śledzili każdy krok Szolema i nie omieszkali o tym donieść ojcu. Uparli się otworzyć mu oczy na to, że jego dziecko schodzi z dobrej drogi. W konsekwencji dzieci nie tylko ociągały się z modlitwą, ale znalazły nawet w tym znaczne upodobanie. Nie na próżno widać rebe pouczał kiedyś swoich uczniów, tych małych grzeszników, że istotny sens każdego grzechu tkwi nie w tym, iż grzech jest straszny, ale straszna jest żądza popełnienia grzechu. Jeszcze do dziś przechowywał Szolem w swojej pamięci smak swego pierwszego grzechu, profanacji soboty. A było to tak:
Sobota. Żydzi są już po obiedzie. Śpią snem błogosławionym. Na ulicy żywej duszy. Nawet psa z kulawą nogą. Cisza i spokój. Choć i weź i rozłóż się na środku drogi. Słońce praży jak na pustyni. Ściany świeżo pomalowanych domów i drewniane parkany otaczające podwórza aż proszą się, aby na nich coś narysować lub napisać. Szolem trzyma ręce w kieszeni. Ma tam kawałek kredy. Resztka kredy używanej w szkole na lekcji matematyki. Rozgląda się na wszystkie strony. Ludzi nie ma. Okiennice zatrzaśnięte. A instynkt zła szepcze mu do ucha: — Namaluj! — Ale co namalować? Więc na chybcika wypisuje znaną piosenkę, którą dzieci podśpiewują podczas rysowania