— Nie przez państwo, tylko przez Ministerstwo Oświaty.

Człowiek, który ma związek z Ministerstwem Oświaty. Przecież to nie żarty. Wieczorem zbiera się cała rodzina. Chce obejrzeć dokładnie, jak wygląda „posiadacz pensji”. Ach! Kto oglądał wtedy ojca Szolema, jak promieniał jasnym, świetlistym blaskiem, ten nie widział w życiu bardziej szczęśliwego człowieka! Nawet macocha cieszyła się tego dnia. Wraz ze wszystkimi brała udział w tym radosnym święcie. Aż dziw, że była wtedy tak dobra. Częstowała wszystkich herbatą z konfiturami. Tego dnia macocha dużo zyskała w oczach Szolema. Wybaczył jej wszystko. Co było, to spłynęło. Teraz on jest bohaterem. Wszyscy patrzą na niego. Wszyscy o nim mówią. Wszyscy się radują. Wszyscy uśmiechają się. Dzieci cioci Chany, które lubią z nim pożartować, zadają mu pytania: — Co zamierzasz zrobić z taką kupą forsy? — Tak, jakby nie wiedziały, że grosza z tego nie zobaczy. Forsa przyda się ojcu w interesie, w winiarni jużnawo bieriega.

Sza! Oto zjawia się właściciel kolektury w czarnych okularach i głębokich kaloszach. Chce tylko rzucić okiem na tego urwisa (akcent na „ur”) i uszczypnąć szejgeca (akcent na „szej”) w policzek. Wyrwać mu kawałek mięsa z policzka. Również zięciowie, Lejzer Josł i Magidow, wpadli, aby złożyć gratulacje i powiedzieć mazł tow oraz posiedzieć trochę i pogadać o haskali194, o świecie duchowym, o postępie i cywilizacji. Po nich przyszedł Arnold z Pidworków i trochę popsuł ogólną radość. Po pierwsze, udowodnił Żydom, że osły z nich. Nie wiedzą, co mówią. Pensja to wcale nie pensja, lecz stypendium. Co innego pensja i co innego stypendium. Po drugie, Szolem nie jest jedynym stypendystą. Jest jeszcze jeden taki uczeń w ujezdnoj, który otrzymał stypendium w wysokości stu dwudziestu rubli. Jest nim nowy kolega Szolema: nazywa się Eli. O nim jednak potem.

Tymczasem nasz bohater był w siódmym niebie. Upewnił się, że jego dawne woronkowskie marzenia o skarbie zaczynają powoli się spełniać... I wyobraźnia porywa go i zanosi hen, daleko, do świata snów. Oto widzi siebie w otoczeniu kolegów. Patrzą na niego promiennym wzrokiem. Zazdroszczą mu. I widzi ojca, ale jakże odmienionego? Jest jakiś młodszy. Gdzie się podział jego pochylony grzbiet? Jego głębokie zmarszczki na czole? Co się stało z jego pożółkłą zatroskaną twarzą? Inny człowiek! I już nie wzdycha. I cała rodzina ustawia się wokół niego, oddaje mu cześć. Jemu i jego synowi Szolemowi. Temu wybrańcowi losu. Temu szczęśliwcowi, o którym dziś głośno wszędzie. Znają go wszyscy. Zna go państwo. A nawet narodowa oświata. Wszyscy bez wyjątku. Może nawet sam cesarz. Kto wie?...

52. Kolega Eli

Eli, syn Dodiego. Pierwsze spotkanie przy pożarze. Rozmowy ze stryjem o kosmografii. Bohater profanuje publicznie sobotę. Zostaje uhonorowany tytułem „literata”

Twarz blada, okrągła, ciut dziobata. Włosy stojące, twarde, czarne, gęste, kłujące. Cała grzywa. Oczy śmieją się. Zęby zdrowe, białe. Palce krótkie. Śmiech donośny, zdrowy. Temperament ognisty. I oto przed wami portret kolegi Szolema, Eliego. Kolegi od pierwszej klasy ujezdnoj do końca szkoły. Po raz pierwszy spotkali się i zawarli znajomość pewnej nocy przy pożarze.

Pożar to widowisko. Darmowe przedstawienie. Nadzwyczaj interesujące zebranie najrozmaitszych ludzi. Smutnych i wesołych. Nie trzeba teatru. Noc jest cicha. Niebo głębokie. Gwiazdy świecą. Gdzieś tam szczekają psy. A domek pali się jak świeca. Spokojnie, powoli. Ma czas. Ze wszystkich ulic nadciągają ludzie. Z początku idą krokiem sennym, później żywszym, szybszym. Początkowo pojedynczo. Później gromadnie. A dzieci żydowskich — hurma. Żydzi rzucają się w ogień ratować dobytek. Kobiety krzyczą. Małe dzieci płaczą. Młodzieńcy popisują się słówkami. Dorastające panny śmieją się. Dzieci Rabinowicza też tu są. Nagle do uszu Szolema dochodzi czyjś głos. Głos chłopca, który krzyczy mu do ucha:

— Jadą!

— Kto?