Jeszcze gorzej, gdy autorka próbuje kreślić sylwetki uwięzionych kobiet i wyjaśnić strukturę obozu. Oczywiście, spośród wszystkich — Polki były najlepsze, z Polek naturalnie — katoliczki, a z katoliczek — koleżanki autorki, przy czym autorka nie zastanawia się, o ile ta relacja pokrywa się z prawdą i o ile nie czyni krzywdy innym ludziom i innym narodowościom.

Typowe określenie Polki to „złotoróżowa, wysportowana”, o „złocistych oczach”, „o rosłej postaci kresowej hetmanki”; blokowa: „Polka, lecz gwałtowna i przykra”, „schludne, staranne warszawianki”; kiedy wybierają do puffu: „Łowiczanki płaczą głośno, wołają, łkając: O, Jezu! Z grupy wysuwa się młoda Niemka, kandydatka” (s. 97); wodę przeznaczonym do gazu kobietom „podawały kobiety-Polki, wyłącznie Polki, nie Żydówki, które, sterroryzowane, lękały się” (s. 115); komplement dla obcej: „Wiedenka o gorącym sercu Polki” (s. 134). Natomiast Żydówki były „udręczone” (s. 138), ale na funkcji przemieniały się w demony z czubami włosów spiętrzonymi nad czołem... „jednako okrutne dla swoich rodaczek jak i dla innych” (s. 139), Niemki zaś kradły paczki i uprawiały miłość lesbijską (s. 140), co czyniło z nich „rozsadniki17 deprawacji, gdyż wiele młodych dziewcząt ulegało pokusie” (s. 141), a Rosjanki „odczuwały silnie, choć nieświadomie wrodzone, rosyjskie bogoiskatielstwo18 i nie umiały sobie z tym uczuciem poradzić” (s. 141); Ukrainki myślały tylko o jedzeniu i śpiewały smętne piosenki (s. 142); Jugosłowianki „tworzyły grupę jednolitą”, chociaż „jedne obstawały za ustrojem komunistycznym, drugie uwielbiały króla, ładnego młodzieniaszka Piotra19” (s. 143), Francuzki protestowały przeciw warunkom obozowym, „wymierając masowo i szybko” (s. 145), a w ogóle to „lagier uniemożliwiał zbliżenie i poznanie. Bo poznanie to wzajemna życzliwość, a szatan nie mógł dopuścić, by szkoła nienawiści i deprawacji stała się szkołą braterstwa” (s. 145).

III

Ostatni cytat wprowadza nas w niepotrzebny nieomal gąszcz poglądów religijnych, etycznych i społecznych autorki. Dlaczego kobiety-Polki były najszlachetniejsze i najlepiej zachowywały się w obozie? Były Häftling20 z Birkenau, który zetknął się z wieloma narodami i raczej sceptycznie zapatrywałby się na swoisty mesjanizm czy rasizm, czy inną teorię wyższości lub zasadniczej odrębności narodowej, skłaniałby się do sądu, operując czysto ziemskimi kryteriami, że paczki, funkcje i stosunki w istocie zapewniały Polkom pewną wyższość poziomu życia, a dzięki temu większe szanse przetrwania, pamięta natomiast dobrze, że kiedy kobiety ani paczek nie miały, ani nie objęły jeszcze funkcji w takiej ilości jak w latach 1943–44, śmiertelność i poziom życia wśród Polek były mniej więcej takie same jak wśród — no, powiedzmy, Żydówek z Holandii. Stosunek ten radykalnie zmienił się, jak sądzę, gdzieś koło 4 kwietnia ’43, to jest w dniu, w którym odszedł ostatni transport chorych „aryjek” do gazu. W systemie pani Kossak rzecz przedstawia się nieco inaczej, a mianowicie tak: „Siłą, która utrzymywała Polki w należnej postawie, była modlitwa przyjaciół. Nie każda kobieta mogła otrzymywać paczki, lecz za każdą modlono się na wolności, modliły się dzieci, mąż, rodzina, krewni. Modlono się w kościołach, modlono się w bezsenne noce skrapiane łzami, modlono się w pracy i w polu, przed wiejską Bożą Męką. Zakony i parafie poświęcały jeden dzień w tygodniu (sobotę) na szczególną modlitwę za rodaków i rodaczki pozostających w więzieniach i lagrach” (s. 148). Kobiety-Polki lepiej znosiły głód od innych, ponieważ przedtem „umiały pościć (podkreślenie Z. Kossak) w dnie przez Kościół nakazane” (s. 55), w ogóle zaś borykały się z szatanem, „panem lagru” (s. 155), który „działa nieomal widomie” (s. 155), a zwyciężywszy go, „nie miały powodu żałować pobytu w lagrze, nieudania się ucieczki lub spotykającej je tam śmierci” (s. 155).

Ba, ale każdy kij, nawet najszlachetniejszy, ma dwa końce. I oto dlaczego powstało Birkenau, obóz, który pochłonął kilka milionów ludzi z całej Europy: Niemcy bowiem przekonali się ze zdumieniem, że „Polka na równi z mężczyzną występuje czynnie do walki o niepodległość”, a „według statystyki Gestapo21 na dziesięć załamań męskich wypadło (! ) jedno kobiece” (s. 29), a już najgorzej ich denerwowało, że wiele razy „widzieli się wystrychnięci na dudka przez byle smarkatą” (s. 29), stąd kobieta-Polka „zdawała im się towarem wynaturzonym, złośliwym, odrażającym”... „Z takiego nastawienia, z tej odrazy zrodziło się Birkenau” (s. 29).

Zresztą i Pan Jezus miał swój interes w tym, aby stworzyć Birkenau. Toteż autorka nie może się powstrzymać od słusznego westchnienia: „Czyż trzeba Ci było, Jezu, aż tak okrutnego bicza, by kobiety zagnać z powrotem do domowego ogniska” (s. 237). „Czy przymusowy bezwstyd lagru to pokuta za harce nagich nimf po plażach i uzdrowiskach”, „strupy i wrzody — za malowane paznokcie u rąk i nóg” (s. 237), a wszystko, Boże, dlatego że podobnie jak Niemcy, „Ty stosujesz odpowiedzialność zbiorową” (s. 237), z którą prawdziwy katolik nie może się solidaryzować, gdyż „lagier to nienawiść i zemsta, ale nie sprawiedliwość” (s. 180).

Usiłując uchwycić sens obozu, autorka nie przeprowadza analizy warunków społecznych czy politycznych, w wyniku których powstał ten i tysiące innych lagrów, ale sięga od razu do żelaznego kapitału rozważań metafizycznych i dochodzi do bardzo zapładniającego wyjaśnienia, że „zło jest tam, gdzie nie ma Boga” (s. 176) i „panoszy się na świecie na skutek wolności człowieczej” (s. 176), gdyż ze wszystkich stworzeń człowiek ma wolność wyboru między dobrem i złem, obecnie zaś wybrał zło. W ogóle, „gdy stare pogaństwo było bezwinnym stanem niewiedzy — to nowe jest sataniczne” (s. 201), gdyż żołnierz niemiecki jest posłuszny woli szatana. O aniołach słyszymy tylko raz, ale za to w takim osobliwym kontekście: „Gdy zły człowiek morduje dziecko, aniołowie w niebie płaczą” (s. 110). Nad dzieckiem? Nad jego matką? Nie. Nad mordercą. Biada mu! Będzie się widocznie w piekle smażył! Gdyby przez litość zastrzelił dziecko na miejscu — jak radzi autorka — to co innego. E, do diabła z takimi radami chrześcijańskimi! To już się lepiej samemu zastrzelić, no nie?

IV

Autorka Z otchłani nie zapomina ani chwili, że jest literatką. Toteż chociaż jej relacja jest pisana językiem dziwnie niechlujnym (o pasiakach — s. 23, metry kubiczne22 — s. 30, podobnież — s. 31, uruchomiona syrena — s. 46, pięć kwadransy — s. 108, o szczurach — s. 192, etc., nie wymieniając całych dialogów i opisów zupełnie chybionych), stale czuje ona obecność czytelnika, usiłuje podsunąć mu właściwe reakcje, uprzedzić jego niedowierzanie lub zdziwienie, objaśnić mu najpospolitsze fakty (fałszywa interpretacja słowa obóz — s. 1, o paczkach — s. 56), jakby czytelnik spadł z księżyca albo sześć lat był na emigracji. Sięgając do arsenału dostępnych sobie środków artystycznych, wprowadza autorka cały szereg figur retorycznych, dialogów, rozważań teoretycznych i obrazków z życia, które przeplatając się bezładnie — dają w sumie chaos zmyślenia i prawdy.

„Prawda! Niech czytelnik nie obawia się, że znajdzie tu przesadę albo propagandę” (s. 2). I rzeczywiście: czytelnik obok mocno naiwnych dywagacji filozoficznych znajduje w relacji obozowej pewne okruchy prawdy, rzecz inna, że sam je musi zebrać w pewną całość i ocenić konsekwentnie. Najbardziej typową jest historia z bandażami. A było tak: „Wśród lekarek Polek były niektóre istne bohaterki i społeczeństwo cokolwiek uczyni, nie uczci dostatecznie ich zasług” (s. 210), a jedna z nich „mówiąca dobrze po niemiecku, zdobyła się na odwagę i przedstawiając stan chorych, poczęła23 prosić o większy przydział lekarstw, choćby tylko papierowych bandaży... Rany są nieopatrywane po tygodniu, bo nie ma bandaży” (s. 214), o parę zaś stronic dalej historia dostaje niespodziewaną pointę: oto na zabawie maskaradowej, urządzonej „na innym bloku”, „uczestniczki wystąpiły w stroju (a raczej bez stroju) bachantek24, ozdobionym girlandami z papierowych bandaży (których brakło dla chorych)” (s. 232). Niestety autorka nie wyciąga wniosku co do lekarek, które przecież miały pieczę nad lekarstwami i bandażami i tolerowały zachowanie się flegerek25 (nawiasem dodam, że większość to były Polki, które latem ’44 miały hurtem wylecieć z rewiru za swój stosunek do chorych).