— Zagrasz w oczko? — zapytał mnie Matula. — Człowiek siedzi jak pień. Może się odegram?
— Dajcie spokój z graniem — rzekł Szrajer, nie podnosząc twarzy. — Rodzoną matkę byście przegrali. Tu człowiek...
Umilkł. Ruszał sztuczną szczęką.
— Odezwał się. Inteligent od gazetki — rzekł Matula. — Zagrasz?
— Stawajcie lepiej do apelu. Kalifaktor już się drze — rzekł Kowalski, zecer z Bednarskiej.
Wstaliśmy z sienników. Ustawiliśmy się w szeregu, twarzą do drzwi.
— Dziś ma służbę Ukrainiec. Ale może będzie spokojnie — mruknąłem do Mławskiego. Kiwnął głową.
Otwarto drzwi naszej celi. W drzwiach stanął gruby, niski esesman, o czerwonej, kwadratowej twarzy i rzadkich, jasnych włosach. Usta miał mocno zaciśnięte. Na krzywych nogach miał świecące, długie buty. Za pasem nosił siódemkę22. W ręku trzymał pejcz. Za nim stał wysoki Ukrainiec z kluczami. Czarną furażerkę23 miał zawadiacko zsuniętą na ucho. Koło niego stali kalifaktor i szrajber24, mały zasuszony Żyd, adwokat z getta. Szrajber trzymał w ręku papiery.
Szrajer z Mokotowskiej wymamrotał po niemiecku kilka wyuczonych słów. Cela taka a taka, obłożona tyloma a tyloma więźniami. Wszyscy obecni.
Czerwony wachman policzył starannie palcem.