— Jedenasta.
Cherlak wstał spod muru i spokojnie wyjął mi go z ręki.
— Daj mi go. Bardzo mi się podoba.
— Nie mogę, bo to mój własny, z domu.
— Nie możesz? To nie.
Zamachnął się i cisnął zegarek o ścianę. Po czym siada znów w cieniu i podkula nogi. — Gorąco dzisiaj, co?
Milcząc, podnoszę zegarek i zaczynam gwizdać ze złości. Najpierw fox o wesołej Joannie, potem stare tango o Rebece, potem „Warszawiankę”32 i „Rotę”33, a wreszcie repertuar z lewej strony.
Właśnie gwizdałem „Międzynarodówkę”34, wtórując w myśli — Eto budiet poslednij i rieszitielnyj boj35, gdy nagle przesłonił mnie wysoki cień i ciężka dłoń spadła mi na kark. Podniosłem głowę i zamarłem. Rozpościerała się nade mną olbrzymia, czerwona, obrzękła twarz, a trzon od łopaty niepokojąco chwiał się w powietrzu. Nieskazitelnie białe pasiaki odcinały się ostro od dalekiej zieleni drzew. Mały czerwony trójkąt z cyferką „3277”, przyszyty do piersi, chwiał się dziwnie i rozrastał się w oczach.
— Co gwiżdżesz? — spytał kapo, patrząc mi prosto w oczy.
— To taki bardzo międzynarodowy slogan, panie kapo.