— Złodziejka? — domyślam się leniwie.
— Nie. Złapali ją w kukurydzy z Petrem. Petro uciekł — odrzekł Andrzej.
— Wytrzyma pięć minut?
— Wytrzyma. To twarda dziewka.
Nie wytrzymała. Ugięła ręce, rzuciła belkę i upadła na ziemię, głośno zanosząc się płaczem. Andrzej odwrócił się i spojrzał na mnie.
— Nie masz, Tadek, papierosa? Szkoda, ot życie!
Po czym owinął głowę w marynarkę, wyciągnął się wygodniej i zasnął. Układałem się i ja do snu, gdy szarpnął mnie pipel:
— Kapo cię woła. Uważaj, bo zły.
Kapo obudził się, ma czerwone oczy. Przeciera je i patrzy nieruchomo w przestrzeń.
— Ty — dotknął mi grożąco palcem piersi — dlaczego oddałeś zupę?