Prokurator: A jak się oskarżonemu zdaje? Skoro w dwa tygodnie później wybuchł w Pokrzywkach pożar?
Nagle uczułem, że dłoń moją chwyciła kurczowo kobieca ręka. To pani Dorota, która siedziała za mną, denerwowała się okropnie.
— Czemu on męczy tego człowieka? — szepnęła z oburzeniem, gryząc nerwowo chusteczkę. — Przecież on naprawdę nie wie. Sam powiedział.
Za plecami pana Stasiuka widać było przeczyste niebo, konary rozłożystego klonu, na którym wisiały kiście śniegu, a dalej — na obszernym placu, stały chłopskie biedki. Z końskich pysków, zanurzonych w workach z owsem, buchała mleczna para.
— Sabotaż. Jasne jak na dłoni. Łotr — i jeszcze się wypiera — mruknął fornal z Pokrzywek. Siedział koło mnie, trzymając córeczkę na kolanach.
Pani Dorota żachnęła się, urażona.
— Pan Stasinek mówi prawdę. Nigdy nie kradł — zasyczała szeptem. — Zawsze robił tylko dobrze dla ludzi.
— Tak, szanowna pani dobrodziejko? — mruknął fornal. — A to, widzi pani, to też pan Stasinek.
Podetkał jej pod nos drobne rączyny dziecka, na których widniały świeże ślady zaleczonego świerzbu.
— Gdzie podział pieniądze za te lekarstwa?