— Pewnie, że to i owo! Bo kombinuję na własną rękę! Inaczej przyszedłby kto do składu? Owszem, sklepikarz odważników pożyczyć!
Telefon zaterkotał. Kierownik zakręcił się na krześle i chwycił słuchawkę na pół sekundy przed małą urzędniczką. Oddał mi ją z niemą gestykulacją.
— Nasz samochód — szepnąłem, zasłaniając ręką tubę. — Co powiedzieć?
— Niech da pięćdziesiąt
— Fünfzig51 — rzekłem do tuby. — Abends52? Niech będzie wieczorem.
— Świetnie, chodźmy wobec tego coś zjeść — zatarł ręce kierownik.
Stara siedziała nieporuszona na tapczanie jak zapędzone w kąt zwierzę. Kierownik zakrzątnął się po pokoju, nastawił bulion na maszynce i sprzątnął stolik.
— Jak Inżynier będzie miał mniej dochodu od nas, to raz — wyrzuci tę siksę, a dwa... No co, zdecydowałeś się pan?
— Cóż ja mam wobec pana — rzekłem beznadziejnie. — Wszystko wpakowaliśmy w bimber. Wie pan, jak to jest; trochę książek się kupiło, trochę łachów i tak. Papier też kosztował.
— A sprzeda pan chociaż te wiersze?