— Nie wiem, czy sprzedam. Nie pisałem na sprzedaż. To nie cegła dziurawka ani nie smoła — odparłem urażony.
— Jeżeli dobre, to powinni kupować — rzekł ugodowo kierownik, zagryzając bułkę. — Zbierzesz pan te parę tysięcy do spółki. Pan masz dobry łeb.
Stara zajadała powoli, ale z apetytem. Złoty, masywny rząd zębów z lubością zanurzał się w miękiszu bułki. Wpatrywałem się w ich połysk, oceniając instynktownie wagę i wartość całej szczęki.
Trzasnęły drzwi, wszedł klient. Pallotyn z sąsiedniego kościółka miał rogowe okulary i uśmiechał się nieśmiało. Powiadomiwszy o łapance, zamówił parę worków cementu oraz żółty grysik. Zapłacił z góry samymi złotówkami, powiązanymi w paczki.
— Niech będzie pochwalony — rzekł i, nałożywszy czarny kapelusz, wyszedł, szeleszcząc sutanną.
— Na wieki wieków — odparła urzędniczka. Zakręciła piec i wytarła palce w skrawek gazety. — Jak pan myśli, co ta stara zrobi?
— Kierownik znajdzie dla niej mieszkanie. Stara ma za grubą forsę, żeby ją puścił z rąk — rzekłem półgłosem.
— Ale — prychnęła pogardliwie — więc pan nic nie wie? Kiedy kierownik wyszedł, stara telefonowała do córki. Nie mogą wyjść z getta. Już za późno. Szpera na całego.
— Stara pomartwi się trochę i przestanie.
— Bardzo być może.